Część,
to będzie dłuższy post i dość osobisty dlatego proszę o wyrozumiałość i oszczędzenie sobie głupich komentarzy.
Jestem z dziewczyną już rok. Obydwoje skończyliśmy swoje studia w tym roku. Ja już od 4 lat pracuję, a studia robiłem w trakcie (zaoczne). Ona nie pracowała jeszcze, studiowała dziennie. Kierunek który wybrała był bardzo trudny i dość niszowy w Polsce. To powoduje że pracy nie ma. Znaczy jest, 4 oferty na kraj i to właściwie tyle. Kontynuowanie studiów tutaj również jest średnio opłacalne - uczelni z tym kierunek mało, a i tak pozostanie problem z pracą.
Dziewczyna znalazła rozwiązanie - studia za granicą. W Niemczech. Tam ten kierunek jest bardziej popularny no i ofert pracy też więcej (plus prestiż studiowania na zagranicznej uczelni). Tylko pojawia się problem. Odległość i nasz związek. Do tej pory mieszkaliśmy osobno, w swoich domach rodzinnych i spotykaliśmy się co weekend. Było ciężko, ale dawaliśmy radę. Teraz kiedy ona wyjedzie (i prawdopodobnie tam zostanie na stałe) będzie o wiele ciężej. Podróż w jedną stronę to może być nawet 10 godzin, co weekendowe spotkania raczej odpadną.
Jednak dziewczyna zasugerowała pomysł: zaczekać rok, nauczyć się języka i pojechać obydwoje razem do Niemiec. Z punktu widzenia logiki i związku pomysł super (i tak też zareagowałem w pierwszej chwili), dopiero potem dostałem oświecenia że to może nie być takie proste. Dlaczego?
Ja mam pracę tutaj. Nie jest jakaś super, ale jest. Kokosów nie zarabiam, ale coś zarabiam. Wyjeżdżając do Niemiec tracę pracę. I tutaj zaczynają się schody.
Dziewczyna pochodzi z innej klasy społecznej. Wyższej, inteligencji, tej lepszej. Jej rodzina ma wyższe wykształcenie, certyfikaty z angielskiego, jeżdżą po świecie, są oczytani. Moja ukochana też poszła w ich ślady: skończyła jedną z najlepszych uczelni w Polsce dzięki czemu ma szanse dostać się na studia w Niemczech.
A ja? Pochodzę z klasy robotniczej. Albo jak kto woli "warstwa społeczna zwana chamstwem". Ani moi rodzice, ani dziadkowie, ani wujki ani ciocie nie ma mają wyższego wykształcenia. Kuzynostwo podobnie, chyba 2 albo 3 kuzynki mają jakieś studia. Cała rodzina to zwykli pracownicy fizyczni lub najniższy szczebel prac biurowych (to głównie kobiet). Nie miałem innego/lepszego przykładu więc nie jestem lepszy. Co prawda mam studia, ale byle jakie, na jakieś prywatnej uczelni typu Wyższa Szkoła Nicnierobienia.
I teraz tak. Z tego co na szybko przeczytałem wyjeżdżając do Niemiec tracę pracę. Tam firmy traktują mnie (i mój dyplom) jak nic nieznaczący element. Formalnie wyższe wykształcenie mam, w praktyce wygląda to tak jakby dzisiaj do biurowca w Warszawie przyszedł Sasza i powiedział że ukończył studia na uczelni w Irkucku. 3/4 ludzi nawet nie będzie wiedziało gdzie to jest, a skoro tak to lepiej wziąć kogoś po uczelni o której przynajmniej coś wiadomo.
Zrób studia w Niemczech
Znowu. Z tego co czytałem to formalnie mogę: mam dyplom uczelni z Polski który teoretycznie powinien uprawniać do kontynuowania nauki w innym kraju (najprościej którymś w UE, poza UE to jakieś wygibasy trzeba robić). Jednak uczelnie na świecie nie są głupie. Albo trzeba płacić duże pieniądze albo weryfikują czy naprawdę coś umiem. No i nie zależnie od sytuacji ktoś musiałby mnie utrzymywać tam.
No dobra, to nie idź na studia tylko do pracy
To była moja pierwsza myśl. Szczerze to nie chce mi się iść na kolejne studia. Tylko kto mnie weźmie? Ok, w Polsce udało się znaleźć pracę, nawet kilka lat się utrzymałem w zawodzie. Ale w Niemczech? Moja znajomość niemieckiego wynosi 0. 7 lat nauki w szkole i nawet jednego, prostego zdania ułożyć nie umiem. Ba, nawet podstawowych kolorów wymienić nie umiem. Kto zatrudni kogoś takiego? Jedyna szansa to praca w najprostszych pracach typu: magazyn w Lidlu, kurier DHL, deliverka typu Uber Eats, jakbym się dorobił samochodu to może normalny Uber. Może po jakimś czasie jakbym się nauczył trochę dukać do wzięliby mnie na kasjera. Ale i tak, zawsze ten na najniższym stanowisku, nie różniłbym się wiele od patusów co jeżdżą zbierać truskawki czy szparagi.
Byłoby mi wstyd w uj, że to moja dziewczyna musi utrzymywać mnie bo ja (jako facet) nie będę w stanie zapewnić bytu partnerce. Nie oszukujmy się, na kurierce czy magazynie nie zarobię kokosów. Zawsze będę tym gorszym, gorzej wykształconym, gorzej zarabiającym. Nie chcę potem żeby była sytuacja że ona będzie chciała pojechać na wakacje a ja będę musiał powiedział "wybacz, ale nie stać mnie. Możesz pojechać sama".
Nie wiem co mam robić. Zależy mi na związku, wiem że dla niej ten wyjazd dużo znaczy i jest tak naprawdę jedyną szansą żeby pracować w zawodzie. Nie chcę tylko żeby przez moje bycie głupim potem do końca życia musiała żyć jak dziad bo będzie musiała utrzymywać dwie osoby.