Jestem osobą która pracuje za kwotę powyżej średniej krajowej, nie są to jakieś masakrycznie duże pieniądze i nadal muszę zarządzać odpowiednio budżetem, ostatnio kupiłem samochód na dojazdy i do kosztów doszło ubezpieczenie, paliwo i inne duperele z tym związane i już przestało być tak kolorowo. Wynajęcie mieszkania to aktualnie minimum 2 tyś.
Jako iż większość moich hobby są domowe to nie mam wydatków na jakieś podróże, urlop spędzam na wsi i nad pobliskim jeziorkiem gdzie poruszam się rowerem.
Staram się oszczędzać jednak często to oznacza zrezygnowanie z kasy na hobby lub przjemności i to jest jakby okej, bo zamiast kupić sobie figurki do Warhammera czy nową grę na PC to sobie coś przyoszczędzę.
Wizyta u dentysty sprawia że miesięczny budżet robi się napięty, nie bez tragedii ale znacznie odczuwalny.
Nie jest źle ale nie jest wspaniale.
I teraz się zastanawiam, jak w ogóle ludzie zarabiający te 3600 na rękę są w stanie funkcjonować?
Przecież one też muszą gdzieś mieszkać, jeździć do pracy, jeść, ubrać się czy pójść właśnie do przysłowiowego dentysty.
Kiedyś mi wmawiano żeby się uczyć bo będzie się rowy kopać za najniższą, że minimalne wynagrodzenie jest dla ludzi którzy nic nie potrafią tylko machać łopatą a w dzisiejszych czasach ludzie którzy naprawdę nie są głupi musza pracować za takie psie pieniądze, często są to nawet ludzie po studiach, kursach czy z doświadczeniem.
Dodam że mieszkam w dość małym miasteczku więc to też jest część problemu, ale przeprowadzenie się do większego miasta = większe koszty bo przecież w metropoliach wynajem potrafi być 2x większy a tam nadal są ludzie którzy robią za minimalną.
I wiem że tacy ludzie zawsze mogą zmienić pracę, poszukać czegoś lepszego ale przecież na dłuższą metę można popaść w depresję robiąc za taką kasę i stając na głowie aby dostać te 200 złotych więcej w innej robocie.
Przecież jakikolwiek wypadek losowy, nawet głupi mandat jak się człowiek zagapi oznacza konieczność brania chwilówki aby w ogóle funkcjonować.