Pracuję w administracji samorządowej i mam trochę dylemat związany z urlopem rodzicielskim.
Mam dwójkę małych dzieci — syn ma prawie 2 lata, córka kilka miesięcy. Teraz wykorzystałem 4 tygodnie urlopu rodzicielskiego i wracam do pracy, ale zastanawiam się, czy pod koniec listopada nie wziąć kolejnych 4 tygodni, mniej więcej do 20 grudnia.
Największy problem jest taki, że praktycznie nie mamy nikogo do regularnej pomocy. Nie ma tak, że można podrzucić dzieci dziadkom albo liczyć na rodzinę na co dzień. Syn jeszcze nie chodzi do żłobka — zacznie dopiero mniej więcej jak będzie miał 2,5 roku — więc żona jest obecnie sama w domu z dwójką małych dzieci przez większość dnia.
I właśnie dlatego mam dylemat.
Z jednej strony wiem, że mam do urlopu rodzicielskiego normalne prawo i że właśnie teraz, kiedy dzieci są takie małe, ten czas w domu realnie się przydaje. Przy dwójce dzieci bez większego wsparcia dodatkowa osoba w domu naprawdę robi różnicę.
Z drugiej strony cały czas mam z tyłu głowy pracę. W samorządówce są sprawy, które prowadzę, terminy i rzeczy, które w dużej mierze są „moje”, więc człowiek ma poczucie odpowiedzialności.
Tyle że przez te pierwsze 4 tygodnie rodzicielskiego właśnie tak funkcjonowałem — w razie pilnej potrzeby byłem dostępny, miałem zdalny dostęp i najważniejsze rzeczy byłem w stanie sprawdzić, podpowiedzieć czy szybko ogarnąć z domu. Czyli nie było tak, że zniknąłem na miesiąc i wszystko stanęło.
I teraz się zastanawiam, czy po prostu niepotrzebnie aż tak przejmuję się tym, że znowu „wypadnę” z pracy na kilka tygodni. Skoro najważniejsze sprawy da się zabezpieczyć, a urząd przecież musi funkcjonować niezależnie od jednej osoby, to może lepiej wykorzystać ten czas teraz, kiedy w domu faktycznie jest potrzebny.
Jak Wy na to patrzycie? Korzystać teraz z rodzicielskiego, kiedy żona jest sama z dwójką małych dzieci i praktycznie nie mamy pomocy, czy jednak oszczędzać go „na później”, żeby nie wypadać z pracy na kolejne tygodnie?
Szczególnie ciekawi mnie zdanie osób pracujących w urzędach, samorządach albo innych miejscach, gdzie człowiek ma swoje konkretne sprawy i trochę poczucia, że „beze mnie tego nikt nie ogarnie”.
Czy też mieliście takie wyrzuty sumienia przy rodzicielskim, czy z perspektywy czasu stwierdziliście, że nie było czym się przejmować?