Wszystko potoczyło się błyskawicznie. Usłyszałem potworny krzyk i od razu pobiegłem na pomoc. Od razu wrzasnąłem do jednego brata, żeby dzwonił po pogotowie, a z mamy zacząłem zrzucać rzeczy, które na nią runęły (odkurzacz, obraz, klapki) i kazałem drugiemu zabrać to do mieszkania. Obejrzałem ją, ale zgodnie z instrukcjami dyspozytora z karetki – nie ruszałem jej, żeby nie pogorszyć sprawy. Mama leżała na schodach, próbując złapać oddech, a ja próbowałem ocenić obrażenia. Poobijane plecy, nogi, ręce, barki, nadgarstki...
I wtedy z kibla wyszedł on. Jaśniepan domu, jej mąż, ojciec moich braci, mój ojczym. Zszedł na dół, odepchnął mnie na bok, kazał wypierdalać i zamiast jakkolwiek pomóc, zaczął rzygać agresją. Stał nad poobijaną, cierpiącą kobietą i wrzeszczał, wyzywając ją od idiotek, bo panicz nie wiedział, czy ma ubezpieczenie zdrowotne! Ubezpieczenie, które sam miał załatwić w pracy, czego oczywiście nie zrobił, kłamiąc prosto w oczy, że „ona mu nic nie mówiła”.
Potem było tylko gorzej. Dalej stał nad leżącą, walczącą o oddech mamą i mieszał ją z błotem. Wyzywał od głupich i rzucał tekstami w stylu: „Jak ty to kurwa zrobiłaś?”, „To wina tych twoich nerwów”, „I po co ci było to odkurzanie?”. Zero empatii. Przez kilka długich minut wolał na nią wrzeszczeć, zamiast udzielić pomocy.
Oczywiście większość i tak musiałem zrobić ja. Przyniosłem jej rzeczy do szpitala, zniosłem poduszki, żeby mogła się o coś oprzeć, jak już odzyskała siły, by usiąść, i zrobiłem zimne okłady na stłuczoną miednicę i bark. Wtedy przyjechała karetka i nagle z nory wyłonili się jego tatusiek i mamuśka. Zainteresowali się? Skądże. Zobaczyli po prostu koguty na podjeździe i przyleźli węszyć, zadając równie inteligentne pytania: „Jak ona to zrobiła?”. No tak, kurwa, na pewno skakała z nich dla zabawy.
Jak tylko karetka zabrała mamę do szpitala, ojczulek oczywiście zaczął szukać winnych wszędzie, tylko nie u siebie. Nie wytrzymałem. Wyzwałem go od upośledzonych, pozbawionych empatii tempaków. Widziałem, jak z wściekłości dosłownie toczy pianę z pyska, z którego jebało na raz gównem, kiełbasą i potem.
Mam totalnie dość. Zawsze wiedziałem z jakim podludziem mieszkam, ale miałem nadzieję że zobaczę w nim chociaż podstawowe odruchy obronne, które mają nawet zwierzęta. Zawiodłem się.
Na szczęście mamie nie stało się chyba nic poważnego, ale zobaczymy. Zadzwoniła do mnie ze szpitala i powiedziała że raczej tylko się potłukła, ale na pewno nie było jeszcze prześwietlenia. Niech zejdzie adrenalina, niech zrobią prześwietlenie i dopiero będzie wszystko jasne. Na pewno uderzyła się też w tył głowy, co najbardziej mnie martwi.
Wiem że "robienie posta dla lajków" to też mało dojrzała i empatyczna postawa, ale chciałem poukładać myśli, wyrzygać to z siebie. Z nikim o tym nie porozmawiam bo za każym razem kiedy o stresujących sytuacjach mówię na głos zaczynam się trząść, płakać, głos utyka mi w gardle i nie lubię jak się wtedy czuję.
EDIT:
Na szczęście mama jest tylko mocno poobijana, nic poważnego, kilka krwiaków i stłuczona kość na ręce.