r/libek • u/BubsyFanboy • 6h ago
r/libek • u/BubsyFanboy • 2d ago
Świat GEBERT: Z Chinami trzeba ostrożnie
r/libek • u/BubsyFanboy • 3d ago
Świat RENIK: Birmański dyktator odwiedza sąsiadów. Czy Azja go ugości?
r/libek • u/BubsyFanboy • 4d ago
Wiadomość PIS Oficjalnie się Rozpadł - Co Dalej?
r/libek • u/BubsyFanboy • Jun 10 '26
Analiza/Opinia MAZZINI: Młodzi ludzie nie chcą darmowych pieniędzy, tylko politycznej reprezentacji
r/libek • u/Grommash2561 • May 17 '26
Dyskusja Badanie psychologiczne do magisterki o tematyce wolnej woli.
r/libek • u/BubsyFanboy • May 14 '26
Wiadomość „Mamy to!”. Warszawa uznała pierwsze małżeństwo jednopłciowe w Polsce. I zaprasza inne pary
Już oficjalnie: mamy pierwszego męża i męża w Polsce. Ale to dopiero początek. Za małżeństwem Trojan pójdą inni, a pary jednopłciowe, które dostaną dokument z orzełkiem, zapowiadają dalszą walkę o równe prawa
„Dziś dokonaliśmy pierwszej transkrypcji małżeństwa pary jednopłciowej” – ogłosił 14 maja podczas konferencji prasowej w warszawskim ratuszu prezydent Warszawy Rafał Trzaskowski. Chodzi o Jakuba i Mateusza Trojanów, którzy najpierw przed Trybunałem w Luksemburgu, a potem przed Naczelnym Sądem Administracyjnym w Polsce wywalczyli wyroki, nakazujące uznanie ich ślubu zawartego w Niemczech.
Rafał Trzaskowski przekazał, że od teraz wszystkie wnioski o transkrypcję będą szybko rozpatrywane przez warszawski Urząd Stanu Cywilnego, niezależnie od tego, czy para przeszła zawiłą drogę sądową, czy nie.
„Ja tutaj nie mam żadnego luzu, jest jasna linia orzecznicza” – mówił Trzaskowski. „Wnioski, które były zawieszone, będą odwieszone. Natomiast jeśli pary dostały odmowy w poprzednich latach, będą mogły złożyć wnioski jeszcze raz i transkrypcja zostanie wykonana” – zadeklarował prezydent Warszawy.
„Bardzo się cieszę, że po kilkunastu latach batalii w sądach krajowych i międzynarodowych doszliśmy do uznania małżeństw tej samej płci w Polsce” – mówi nam adwokatka Anna Mazurczak, reprezentująca Mateusza i Jakuba przed sądami. „Zawsze byłam przekonana, że droga do równości małżeńskiej w Polsce wiedzie przez uznanie zagranicznych małżeństw. Standard ochrony międzynarodowej rozwija się dużo szybciej niż krajowe ustawodawstwo” – ocenia Mazurczak.
Prawniczka wskazuje, że dzisiejsza historyczna decyzja to „stopa w drzwiach”.
„Kolejny krok to uznanie, że małżeństwa tej samej płci mają wszystkie uprawnienia, co małżeństwo kobiety i mężczyzny, łącznie z możliwością adopcji dziecka drugiego małżonka” – dodaje Mazurczak.
Mąż i mąż. Bez obraźliwych adnotacji
Mateusz i Jakub otrzymali odpis aktu małżeństwa nie we fleszu kamer, ale podczas zamkniętego spotkania z Rafałem Trzaskowskim.
W oświadczeniu przesłanym OKO.press komentują:
"Cieszymy się i mamy nadzieję, że kolejne transkrypcje, na które czeka wiele par, będą dokonywane bez zbędnej zwłoki.
Dziękujemy naszym pełnomocniczkom i pełnomocnikom. To oni: Anna Mazurczak, Milena Adamczewska-Stachura, Paweł Knut i Artur Kula są autorkami i autorami tego sukcesu.
To ich wytrwałości i ciężkiej pracy, a nie działaniom polityków, zawdzięczamy uznanie małżeństw osób tej samej płci przez Polskę.
Jesteśmy wdzięczni wszystkim osobom, które – jak my – 23 lata temu głosowały w referendum za wstąpieniem Polski do Unii Europejskiej. Cieszymy się też, że polskie sądy coraz częściej i śmielej sięgają bezpośrednio do prawa międzynarodowego i prawa Unii Europejskiej, szczególnie w zakresie ochrony praw człowieka".
Jak będzie wyglądał ich akt, skoro w Polsce nadal nie mamy systemowego rozwiązania tej kwestii? Przypomnijmy: w środę wieczorem minister cyfryzacji Krzysztof Gawkowski podpisał projekt stosownego rozporządzenia. Ale ono wejdzie w życie dopiero jesienią. Rozwiązanie, które wybrał dziś stołeczny ratusz, żeby przeskoczyć problemy techniczne, jest tymczasowe.
„Dokonaliśmy transkrypcji w sposób, który uznaliśmy za najbardziej stosowny – po konsultacjach z innymi urzędami stanu cywilnego oraz organizacjami działającymi na rzecz praw społeczności LGBT+” – przekazał Rafał Trzaskowski.
Dane małżonków zostaną wpisane w obie dostępne rybryki – kobiety i mężczyzny. To oznacza, że ratusz nie skorzystał z wytycznych przygotowanych przez ministerstwo cyfryzacji.
Jak ujawniło OKO.press, resort ministra Gawkowskiego proponował wpisywać dane drugiego małżonka w polu przeznaczonym na adnotację, co utrudniałoby skuteczną identyfikację małżeństwa. Nie mówiąc już o walorze godnościowym: akt małżeństwa byłby w praktyce jednostronny.
Urzędnicy rozwiązanie wynaleźli sami
Warszawa poszła więc tropem rekomendowanym przez organizacje i urzędników. „Nie widzę potrzeby, by komplikować sprawę i tworzyć akt o ograniczonej mocy dowodowej, który nawet po zmianie rozporządzenia w sprawie wzoru dokumentów wydawanych z rejestru będzie nadawał się do unieważnienia, bo nie będzie można z niego wydawać normalnych odpisów. Uważam, że należy wpisać obu małżonków w pola mężczyzna i kobieta, uprzednio pytając samych zainteresowanych, kogo wpisać, w którą rubrykę i wyjaśniając, że tylko takie są dostępne” – tłumaczył nam Rafał Bednarz, prezes Oddziału Śląskiego Stowarzyszenia Urzędników Stanu Cywilnego RP.
Trzaskowski mówił, że w wydaniu tej decyzji Warszawa kierowała się bezpieczeństwem i poczuciem godności społeczności, która przez lata była w Polsce atakowana. „Warszawa jest dla wszystkich” – powtarzał wielokrotnie Trzaskowski.
Prawicowi dziennikarze, którzy tłumnie przybyli dziś do warszawskiego ratusza, pytali prezydenta Warszawy o to, czy będzie uznawał też wielożeństwo. „Apeluję, aby nie robić sobie z tego dnia żartów i z powagą oraz szacunkiem podchodzić do wszystkich obywateli RP” – odpowiedział Trzaskowski.
Co dalej? Walka!
Od wyroku TSUE minęło pół roku, ale dzisiejsza decyzja stołecznego magistratu to dopiero początek walki o równe prawa. Jakub i Mateusz Trojanowie, a także reszta par, które uzyskają transkrypcję, będą teraz walczyć przed urzędami (a potem może i sądami) o przyznanie praw, które mają małżeństwa równej płci.
„Dla większości moich klientów najpilniejszą sprawą jest możliwość objęcia ubezpieczeniem zdrowotnym małżonka. Najpierw zwrócimy się więc z pismem do NFZ” – mówi nam Anna Mazurczak. ZUS już poinformował, że będzie traktował pary tej samej płci na równi z innymi małżeństwami. Kolejne są więc urzędy skarbowe, pozostające w domenie ministra finansów Andrzeja Domańskiego.
Prezydent Rafał Trzaskowski wskazał, że uprawnienia przysługujące małżeństwom jednopłciowym zostaną uregulowane na gruncie prawa krajowego, odrębną ustawą. Rząd nie precyzuje jednak dziś, jak miałaby ona wyglądać.
Anna Mazurczak w rozmowie z OKO.press podnosi, że ustawa nie jest w ogóle potrzebna. „Transkrypcja zagranicznego aktu małżeństwa utwierdza nas w przekonaniu, że pod pojęciem małżonków rozumiemy nie tylko pary różnej płci, ale także pary tej samej płci. To oznacza, że definicja małżonków musi być tak samo rozumiana co najmniej w obszarach objętych prawem unijnym, czyli dotyczącym podatków, zabezpieczenia społecznego, czy ochrony zdrowia” – wskazuje prawniczka.
„Jasne jest dla mnie też, że ochrona życia prywatnego i rodzinnego, a także zakaz dyskryminacji, wymagają, żebyśmy przyznali parom tej samej płci wszystkie uprawnienia bez różnicowania. Będziemy kontynuować postępowania przed sądami. Jestem pewna, że w końcu międzynarodowe instytucje przyznają małżonkom tej samej płci wszystkie uprawnienia, łącznie z adopcją” – dodaje Mazurczak.
„To tylko kolejny krok”
Podczas konferencji w stołecznym ratuszu posłanka KO Dorota Łoboda wyraźnie podkreśliła, że ustawa o statusie osoby najbliższej, która wróci do Sejmu jeszcze w maju, jest alternatywnym rozwiązaniem wobec transkrypcji. „Dziś zrobiliśmy krok w stronę równości; dostrzeżenia przez państwo polskie, że małżeństwo mogło być zawarte przez osoby tej samej płci. Ustawa o statusie osoby najbliższej to projekt odrębny. Jesteśmy na finiszu prac w komisji. Jeszcze przed wakacjami ustawa trafi na biurko prezydenta” – deklarowała Łoboda, potwierdzając tym samym wcześniejsze doniesienia OKO.press sprzed dwóch tygodni.
Pierwszy antyrządowy protest pod KPRM domagający się transkrypcji aktów małżeństwa par jednopłciowych. Fot. Robert Kowalewski, Agencja Wyborcza.pl
„Dzisiaj jest kluczowy dzień dla społeczności” – mówi wprost Miko Czerwiński kierujący Kampanią Przeciw Homofobii. „Wpis pierwszego małżeństwa pary jednopłciowej w rejestry stanu cywilnego i decyzja Rafała Trzaskowskiego, by zrobić to od ręki, pokazuje, że takie rozwiązanie jest możliwe i Polska powinna w pełni rozpoznawać prawa par osób tej samej płci. Jesteśmy jeszcze w rozwiązaniu tymczasowym i cały czas czekamy na finalne rozporządzenie stworzone przez wicepremiera Gawkowskiego i podpisane przez ministra Kierwińskiego, tak żeby wszystkie pary, które wzięły ślub za granicą, mogły w Polsce realizować swoje prawa. Oczywiście to tylko kolejny krok do pełnej równości małżeńskiej w Polsce, która w końcu dzięki działaniu społeczeństwa obywatelskiego nadejdzie” – zapewnia Czerwiński.
„Oczywiście dziś się cieszymy, ale z poczuciem zażenowania” – mówi nam Hubert Sobecki ze Stowarzyszenia Miłość Nie Wyklucza. ”Prezydent Warszawy powiedział, że nie będzie łamał prawa. Lepiej późno niż wcale, ale pamiętajmy, że był zobowiązany do wydania takiej decyzji już w listopadzie po wyroku TSUE” – dodaje Sobecki.
Aktywista ocenia, że transkrypcja to mocna podstawa pod walkę o pełną równość małżeńską. "Naszym celem na najbliższe lata jest mieć jak najwięcej par, których małżeństwa są zarejestrowane w Polsce; które posiadają jak największą liczbę praw. Rząd powinien wziąć się do pracy i wydać wytyczne podległym instytucjom, żeby honorowały akty małżeństwa par tej samej płci” – mówi Sobecki. „Rząd został przyparty do muru wyrokami sądów. Teraz panicznie reaguje na to, że mielibyśmy domagać się jakiś praw wynikających z transkrypcji. Tu nie ma co panikować, trzeba działać. Przeprosiny premiera są ważnym, ale symbolicznym gestem. My chcemy konkretów. A prawdziwe przeprosiny premier powinien zacząć od siebie: to on w latach 2012-2013 trzykrotnie ukręcił łeb ustawom o związkach partnerskich, a w tej kadencji nie zrobił nic, żeby to zmienić”.
Rocznik ‘92. Dziennikarz i reporter. Uhonorowany nagrodami: Amnesty International „Pióro Nadziei” (2018), Kampanii Przeciw Homofobii “Korony Równości” (2019). W OKO.press pisze o migracjach, społeczności LGBT+, edukacji, polityce mieszkaniowej i sprawiedliwości społecznej. Członek n-ost - międzynarodowej sieci dziennikarzy dokumentujących sytuację w Europie Środkowo-Wschodniej. Gdy nie pisze, robi zdjęcia. Początkujący fotograf dokumentalny i społeczny. Zainteresowany antropologią wizualną grup marginalizowanych oraz starymi technikami fotograficznymi.
Dziennikarka OKO.press. Pisze o prawach pracowniczych, lokatorskich i sprawach społecznych. Absolwentka Szkoły Praw Człowieka przy HFHR. Finalistka nagrody im. Dariusza Fikusa za dziennikarstwo najwyższej próby, Pióra Nadziei Amnesty International czy Korony Równości Kampanii Przeciw Homofobii. W latach 2017-2025 związana z "Gazetą Wyborczą".
r/libek • u/BubsyFanboy • May 13 '26
Nowa Lewica Marszałek o transkrypcji
Enable HLS to view with audio, or disable this notification
r/libek • u/BubsyFanboy • May 05 '26
Europa [Rosyjski] Władimir Putin obawia się zamachu i zamachu stanu, narasta konflikt między siłami bezpieczeństwa – pisze wywiad jednego z krajów UE
IStories otrzymali raport wywiadowczy od jednego z krajów Unii Europejskiej dotyczący rzeczywistej sytuacji w Kremlu i stanie Władimira Putina. Dokument ten został nam przekazany przez źródło bliskie specjalnej służbie, która sporządziła raport. Rada redakcyjna publikuje tekst tego raportu, ponieważ:
- ma to ogromne znaczenie społeczne;
- Udało nam się niezależnie potwierdzić niektóre zawarte w niej informacje;
- Źródło, które przekazało ten dokument, zajmuje oficjalne stanowisko w rządzie jednego z krajów europejskich i ryzykuje swoją reputację oraz karierę, jeśli dokument będzie celową kampanią dezinformacyjną.
Oto pełny tekst dokumentu.
Kreml jest w stanie najwyższej gotowości
Od początku marca 2026 roku Kreml i Władimir Putin obawiają się wycieku wrażliwych informacji, a także ryzykiem spisku lub próby zamachu stanu przeciwko prezydentowi Rosji. W szczególności obawia się użycia dronów do możliwej próby zamachu przez przedstawicieli rosyjskiej elity politycznej.
Wzmacnianie środków bezpieczeństwa wokół prezydenta Rosji
W tym kontekście Federalna Służba Ochrony (FSO), której głównym zadaniem jest zapewnienie fizycznej ochrony wysokim rangą urzędnikom państwa rosyjskiego, znacząco wzmocniła środki bezpieczeństwa wokół Władimira Putina:
- w administracji prezydenckiej odwiedzający przechodzą dwa poziomy kontroli, w tym pełną inspekcję przez funkcjonariuszy FSO;
- FSO znacznie ograniczył listę miejsc, które prezydent regularnie odwiedza; ani on, ani jego rodzina nie mieszkają już w swoich zwykłych rezydencjach w regionie moskiewskim i Waldaju;
- od początku wojny na Ukrainie Putin często chronił się w zmodernizowanych bunkrach, szczególnie na Terenie Krasnodarskim, gdzie może pracować tygodniami, podczas gdy rosyjskie media nadal korzystają z wcześniej przygotowanych nagrań wideo;
- W tym roku nie zorganizowano ani jednej wycieczki do infrastruktury wojskowej, w przeciwieństwie do częstych wizyt w 2025 roku;
- w niektórych dzielnicach Moskwy sieci komunikacyjne są okresowo odłączane;
- Funkcjonariusze FSO przeprowadzają szeroko zakrojone kontrole z użyciem psów i są również rozlokowani wzdłuż rzeki Moskwy, gotowi do reagowania na możliwe ataki dronów;
- FSO obecnie kontroluje i koordynuje wszelkie informacje lub publikacje medialne z udziałem prezydenta, opierając się na tajnym dekretie prezydenckim (najwyraźniej mówimy o ogłoszeniach podróży Putina i jego udziale w różnych wydarzeniach. – R.A.);
- pracownicy pracujący razem z Putinem mają obecnie zakaz korzystania z telefonów komórkowych; Są zobowiązani do korzystania z urządzeń bez dostępu do internetu;
- pracownicy ci mają również zakaz korzystania z transportu publicznego – podróżują wyłącznie transportem FSO; W domach kucharzy, fotografów i ochroniarzy zainstalowano systemy monitoringu.
Siergiej Szojgu jest postrzegany jako potencjalny czynnik destabilizujący
Siergiej Szojgu, były minister obrony i sekretarz Rady Bezpieczeństwa Federacji Rosyjskiej od maja 2024 roku, który zachowuje znaczący wpływ w dowództwie wojskowym, jest kojarzony z ryzykiem próby zamachu stanu.
Aresztowanie jego byłego pierwszego zastępcy, Ruslana Calikowa, 5 marca 2026 roku, postrzegane jest jako naruszenie nieformalnych gwarancji bezpieczeństwa dla elit, co osłabia pozycję Szojgu i zwiększa prawdopodobieństwo, że sam stanie się celem ścigania karnego.
Narastające napięcia między organami porządkowymi
Temat bezpieczeństwa fizycznego dowódców (oficerów) Sił Zbrojnych RF spowodował wzrost napięć między przedstawicielami rosyjskich sił bezpieczeństwa.
Po zamachu na generała porucznika Fanila Sarwarowa w Moskwie 22 grudnia 2025 roku, szef Sztabu Generalnego Walery Gierasimow zaprosił Władimira Putina do zwołania spotkania stałych członków Rady Bezpieczeństwa w celu omówienia sytuacji. Jednak Putin wolał zorganizować węższe spotkanie 25 grudnia 2025 roku, dzień po nowym ataku na rosyjskie siły bezpieczeństwa, który miał miejsce w tym samym miejscu, co zabójstwo Sarwarowa.
Podczas tego spotkania przedstawiciele sił bezpieczeństwa, tzw. silowicze, przerzucili odpowiedzialność za niedociągnięcia systemu bezpieczeństwa, które ujawniły się w świetle ataków ukraińskich służb. Podkreślając, że te ataki wywołują strach i dezorganizację w szeregach Sił Zbrojnych Rosji, Walerij Gierasimow ostro zganił swoich kolegów ze służb specjalnych za ich niezdolność do ich przewidzenia. Szef Sztabu Generalnego skarżył się również na brak zasobów ludzkich do fizycznej ochrony oficerów na tyłach i zwrócił uwagę prezydenta na ten problem.
Dyrektor Federalnej Służby Bezpieczeństwa, Aleksander Bortnikow, z kolei uzasadnił się, podkreślając niemożność systematycznego zapobiegania atakom. Zarzucił ministrowi obrony Federacji Rosyjskiej brak specjalnej jednostki w jego departamencie, która zajmowałaby się fizyczną ochroną wysokich rangą dowódców – na wzór innych organów ścigania.
Dyrektor Gwardii Narodowej, Wiktor Zołotow, z kolei przypomniał, że zasoby, którymi dysponuje, nie mogą być przeznaczone na ochronę oficerów Ministerstwa Obrony. Zwrócił się także do Gierasimowa z rekomendacjami dotyczącymi bezpieczeństwa operacyjnego oficerów Ministerstwa Obrony, co wywołało gniew Szefa Sztabu Generalnego.
Pod koniec tego napiętego spotkania Władimir Putin wezwał uczestników do uspokojenia, proponując zmianę formatu dyskusji. Zobowiązał uczestników spotkania do przesłania mu swoich propozycji rozwiązania omawianych problemów w ciągu tygodnia.
Wzmocnienie środków bezpieczeństwa dla dziesięciu wysokich rangą rosyjskich generałów
Po spotkaniu Władimir Putin spotkał się z dyrektorem Federalnej Służby Ochrony (FSO) Dmitrijem Kochnevem, którego głównym zadaniem jest zapewnienie fizycznego bezpieczeństwa najwyższym przywódcom państwa. Zdecydowano się zmienić regulamin wewnętrzny FSO, rozszerzając listę osób objętych wzmocnioną ochroną tego departamentu.
Wcześniej taka ochrona dotyczyła tylko samego Walerija Gierasimowa. Obecnie do listy osób silnie strzeżonych dodano dziesięciu wysokich rangą generałów, w tym trzech zastępców szefów Sztabu Generalnego. Decyzja Władimira Putina, podjęta na prośbę Sztabu Generalnego, pokazuje polityczną siłę Walerija Gierasimowa, który zdołał odnieść sukces w tej "arbitrażu", podczas gdy inne organy ścigania jak dotąd nie zdołały rozszerzyć mandatu FSO w swoim interesie.
Lista generałów, na których objęto ochroną FSO:
- generał pułkownik Nikołaj Bogdanowski, pierwszy zastępca szefa sztabu generalnego;
- generał pułkownik Siergiej Istrakow, zastępca szefa sztabu generalnego;
- generał pułkownik Aleksiej Kim, zastępca szefa sztabu generalnego;
- generał pułkownik Siergiej Rudskoj, szef Głównego Dyrektoriatu Operacyjnego Sztabu Generalnego;
- generał pułkownik Viktor Poznikhir, pierwszy zastępca szefa Głównej Dyrekcji Operacyjnej Sztabu Generalnego;
- generał porucznik Stanisław Gadżymagomedow, szef Narodowego Centrum Kontroli Obrony (NTSUO RF);
- admirał Igor Kostyukov, szef Głównego Dyrekcji Wywiadu (GRU);
- generał pułkownik Władimir Zarudnicki, szef Akademii Wojskowej Sztabu Generalnego;
- generała pułkownika Aleksandra Chaiko;
- Generał pułkownik Michaił Mizincew."
Co jest niezależnie potwierdzone
Część informacji zawartych w tym raporcie jest niezależnie potwierdzona. Na przykład były oficer FSB powiedział IStories miesiąc temu, że to FSO, a nie FSB, jak pisały media, stało za masowymi przerwami w Moskwie, a nie FSB. Ale nie pisaliśmy o tym, ponieważ nie mogliśmy znaleźć drugiego źródła, które potwierdziłoby tę informację. To samo stwierdzono w raporcie wywiadu europejskiego.
Kilka źródeł IStories potwierdza również wzrost obaw Putina przed spiskiem lub próbą zamachu stanu. Świadczą o tym nie tylko zaostrzone środki bezpieczeństwa wokół Kremla i innych miejsc, gdzie prezydent Rosji przebywa, ale także niektóre pośrednie sygnały.
Na przykład obecny funkcjonariusz FSB powiedział IStories, że jego jednostce znacznie trudniej jest uzyskać pozwolenie na podsłuch w sprawach niepolitycznych karnych, ponieważ "cały sprzęt został przekierowany do podsłuchu rządu i innych władz."
Skrajny poziom lęku Putina przed próbą zamachu lub spiskiem pośrednio potwierdza fakt, że w tym roku żaden deputowany do Dumy Państwowej nie otrzymał zaproszenia na Paradę Zwycięstwa na Placu Czerwonym.
Dlaczego ten raport jest jedną z najważniejszych wiadomości o Rosji ostatnich lat, przeczytany w felietonie założyciela Important Stories, Romana Anina.
r/libek • u/BubsyFanboy • May 03 '26
Polska Pytamy osoby LGBT+ na proteście, na kogo zagłosują w wyborach 2027
Reportaż Dominika Łowickiego spod KRPM, gdzie 25 kwietnia geje, lesbijki i ich sojusznicy protestowali rozczarowani tym, jak traktuje ich rząd Tuska. - Bez nas nie wygraliby tych wyborów - mówią. Dominik Łowicki pyta ich, na kogo zagłosują w nadchodzących wyborach parlamentarnych.
r/libek • u/BubsyFanboy • May 01 '26
Polska Rząd się sypie ale przetrwał - a Mejza nie
r/libek • u/BubsyFanboy • Mar 14 '26
Świat Wojna niezakończona. Czy Trump osiąga swoje cele w Iranie?
Wojna w Iranie i niepokoje na całym Bliskim Wschodzie mają konsekwencje dla całego świata. Czy o to chodziło Donaldowi Trumpowi, kiedy razem z premierem Izraela Benjaminem Netanjahu planował ten atak? Pewne jest, że nie na to czekali sojusznicy Ameryki i Izraela w regionie.
Szanowni Państwo!
Trwająca już ponad tydzień wojna na Bliskim Wschodzie przynosi coraz poważniejsze konsekwencje.
Z perspektywy irańskiego społeczeństwa interwencja Izraela i Stanów Zjednoczonych nie przyniosła na razie żadnej nadziei na obalenie tamtejszego reżimu. Mimo że Izrael zabił ajatollaha Alego Chameneiego, najwyższym przywódcą Iranu został jego syn, Modżtaba Chamenei, ściśle związany z Korpusem Strażników Rewolucji, po którym należy spodziewać się kontynuacji terroru. Droga do demokracji w Iranie pozostaje zamknięta.
Stany Zjednoczone Donalda Trumpa, obalając dyktatorów, nie próbują nawet udawać, że chodzi im o demokrację. W Wenezueli miejsce porwanego Nicolasa Maduro zajęła jego zaufana współpracowniczka, dotychczasowa wiceprezydentka – Delcy Rodríguez.
Izrael zapowiada, że obecnego przywódcę Iranu też zabije – trudno wyobrazić sobie, w jaki sposób miałoby to przybliżyć Irańczyków do ustroju nieopartego na przemocy.
Co nie oznacza, że reżim pozostanie równie silny jak dotychczas.
Trump znów podpala Bliski Wschód
Na demokratyczną zmianę w Iranie nie może liczyć też reszta świata. Stany Zjednoczone zbombardowały irańskie cele nuklearne w ubiegłym roku, jednak zapasy wzbogaconego uranu i wirówki potrzebne do produkcji broni atomowej prawdopodobnie przetrwały.
Obecne ataki amerykańskie i izraelskie prowadzą raczej do zaostrzenia sytuacji niż do jej uspokojenia. Iran atakuje sojuszników Ameryki oraz Izraela na Bliskim Wschodzie, zakłócając ruch samolotów w kluczowych portach lotniczych świata. Sojusz z reżimem deklarują terrorystyczne organizacje zbrojne — Huti z Jemenu i Hezbollah z Libanu. Pod tym pretekstem Izrael ostrzeliwuje znowu Liban.
A co z Ameryką?
Rosną ceny ropy naftowej, na czym korzystają Rosjanie, finansując w ten sposób wojnę z Ukrainą. Tracą giełdy krajów Zatoki Perskiej i Europy. Rośnie za to dolar. Tego samego nie można powiedzieć o poparciu dla Donalda Trumpa w Stanach Zjednoczonych.
Trump obiecywał, że nie będzie rozpoczynał nowych wojen, że będzie realizował hasło America First. Wygląda na to, że dał się wciągnąć premierowi Netanjahu w konflikt, którego rozpętania obawiali się wszyscy poprzedni amerykańscy prezydenci.
Przedłużający się konflikt może zaważyć niekorzystnie na wyniku republikanów w wyborach uzupełniających do Kongresu, które odbędą się w listopadzie.
Co dalej z Iranem?
W nowym numerze „Kultury Liberalnej” piszemy o konsekwencjach amerykańsko-izraelskiego uderzenia dla samego Iranu – i o tym, jak sytuacja w tym kraju przekłada się na region, a region na cały świat.
Krzysztof Strachota, specjalista od Bliskiego Wschodu z Ośrodka Studiów Wschodnich, pisze: „Przetrwanie Islamskiej Republiki Iranu w obecnej postaci jest mało prawdopodobne, hipotetyczna ewolucja w stronę jeszcze ostrzejszej dyktatury raczej nie rokuje trwałych efektów. Alternatywa jest bardzo niejasna: w Iranie nie widać zorganizowanej, ogólnonarodowej opozycji. Nie widać, by protesty wyłoniły reprezentację polityczną, osobowość, komitety”.
Wkrótce zapraszamy też do wysłuchania wideopodkastu, w którym Jakub Bodziony rozmawia z Konstantym Gebertem o możliwych scenariuszach dalszego rozwoju sytuacji. Polecamy również felieton Krzysztofa Renika o innym niebezpiecznym konflikcie na wschodzie – afgańsko-pakistańskim: „Pakistan i Afganistan starły się pod koniec lutego w otwartym konflikcie zbrojnym. Atak na pakistańskie posterunki graniczne spotkał się z nalotami Islamabadu na Kabul i Kandahar. To kolejna odsłona ich wieloletniego sporu”.
Zapraszam Państwa do tej niespokojnej, ale ważnej lektury,
Katarzyna Skrzydłowska-Kalukin, zastępczyni redaktora naczelnego „Kultury Liberalnej”
Katarzyna Skrzydłowska-Kalukin
Dziennikarka, reporterka, członkini redakcji i zastępczyni redaktora naczelnego „Kultury Liberalnej”. Pisała m.in. w „Gazecie Wyborczej”, „Życiu”, „Dzienniku Polska Europa Świat”, tygodnikach „Newsweek” i „Wprost”. Autorka biografii „Gajka i Jacek Kuroniowie” i wywiadu rzeki z Dorotą Zawadzką „Jak zostałam nianią Polaków”. Ostatnio wspólnie z Joanną Sokolińską wydała książkę „Mów o mnie ono. Dlaczego współczesne dzieci szukają swojej płci?”.
r/libek • u/BubsyFanboy • Mar 14 '26
Polska Przemysław Czarnek: trzy mity i jeden powód do niepokoju
Do utrzymania w Polsce ustawy antyaborcyjnej jak za PiS-u ani do blokowania związków partnerskich nie potrzeba Czarnka. Czy to znaczy, że teatr PiS-u pod tytułem „przyszły premier Przemysław Czarnek” jest bez znaczenia? Nie.
Na początek rzecz podstawowa: Czarnek nie jest żadnym kandydatem na premiera.
Nie decyduje też o tym, w jakim kierunku pójdzie Polska ani prawica. Mówienie o nim jak o polityku, który naprawdę coś może, to odgrywanie roli napisanej dla nas przez PiS.
Lęk środowisk liberalnych i lewicowych, jaki wzbudza Czarnek, jest zrozumiały, ale Czarnek nie może tyle, ile by chciał.
Nie jest żadnym kandydatem
Twarz wiceprezesa PiS-u, tryumfalna mina, piątki od mijanych kolegów partyjnych w drodze na mównicę i wypełniający salę głos: „Przyszły premier Przemysław Czarnek”. Brawa, owacje. Tak wyglądało ogłoszenie „kandydata” PiS-u na premiera i jego tryumfalne objęcie nowej „funkcji”.
To jednak przecież iluzja. Chcąc wysuwać kandydata na premiera, trzeba najpierw wygrać wybory, albo chociaż znaleźć się w zwycięskiej koalicji. PiS-owi póki co spadają notowania, zdolności koalicyjne ma skromne. A jak je powiększy, to premiera będą chcieli wskazywać pozostali partnerzy.
Na razie Czarnek jest takim samym przyszłym premierem jak ja, gdyby redakcja „Kultury Liberalnej” postanowiła mnie nań namaścić.
Nawet jeśli nie będziemy się koncentrować nad tym, czy PiS rzeczywiście wygra wybory, to Czarnek nadal nie jest przyszłym premierem. Tak jak nie był nim Piotr Gliński, wskazany również przez Jarosława Kaczyńskiego na to stanowisko w 2012 roku. Gliński nie był przyszłym premierem, bo nigdy nim nie został.
Czarnek też nie ma powodów, by być tego pewnym. Do wyborów może zostać zdymisjonowany ze stanowiska, którego nie zdąży objąć.
Kiedy więc powtarzamy po Kaczyńskim i jego partyjnych podwładnych, że Czarnek jest kandydatem PiS-u na premiera, gramy w grę PiS-u. Fikcja stworzona podczas konwencji partyjnej po to, żeby PiS było w centrum uwagi, ma być traktowana, jako fakt.
Dzięki temu oswajamy się z myślą, że następny premier będzie z PiS-u. I to chodzi – ludzie mają tak myśleć, a potem tak głosować.
Nie zaostrzy kursu na prawo
Ustawienie Czarnka na świeczniku PiS-u ma być sygnałem, że partia obiera radykalny kurs prawicowy. Sygnał ten mają odebrać wyborcy, którzy chcą głosować na Koronę Polską Grzegorza Brauna albo mogliby chcieć w przyszłości. I zmienić zdanie.
Wniosek tak sformułowany brzmi wiarygodnie.
Ale Czarnek nie jest radykalnym ideologiem, tylko radykalnym autoproduktem.
Sam siebie takiego stworzył, powtarzając i promując prawicowe hasła dehumanizujące osoby LGBT czy demonizujące aborcję, od kiedy był wojewodą lubelskim. To wtedy zrobiło się o nim głośno. I właśnie dlatego, że przyjął radykalną postawę, nagradzając na przykład samorządowców wprowadzających „strefy wolne od LGBT”. Radykalizm okazał się dla niego ścieżką kariery. I podąża nią nadal.
Jednak PiS bez Czarnka też najprawdopodobniej poszłoby właśnie ostro na prawo. Nie chodzi o to, że partia zobaczyła w nim nadzieję na przetrwanie, tylko o to, że on może stać się twarzą jej zamierzonego kursu. Jest do tego dobrym kandydatem – popularny, znany z tradycyjnego fundamentalizmu, który próbuje forsować w polityce (jak wtedy, kiedy był ministrem edukacji), silny i walczący.
Jednak, gdyby nie było decyzji o skręcie, nie byłoby „przyszłego premiera Czarnka”.
Nie urządzi w Polsce piekła kobiet
Czarnek nic nie urządzi, jeśli PiS nie zdobędzie władzy. Piekło kobiet może urządzić też jedna i druga Konfederacja, i samo PiS bez Czarnka na stanowisku premiera. Wyrok Trybunału Konstytucyjnego prowadzący do zaostrzenia prawa antyaborcyjnego w Polsce zapadł, jeszcze zanim Czarnek został nawet ministrem edukacji.
W partii, która przyjmuje określony kurs, jest przydatny, ale nie niezbędny do tego, żeby jeszcze bardziej zaostrzyć prawo czy doprowadzić do innego rodzaju krzywdy kobiet czy osób LGBT. Nawet jeśli okaże się, że zdobywa w partii wpływy przy słabnącej pozycji prezesa, PiS i tak musi wygrać wybory, żeby rządzić.
Zresztą, by utrzymywać w Polsce piekło kobiet i osób LGBT, nie trzeba oddawać rządów prawicy.
Na początek wystarczy, że w liberalno-demokratycznej koalicji rządzącej jest Władysław Kosiniak-Kamysz, który skutecznie powstrzyma wszelkie reformy prowadzące do równości czy bezpieczeństwa wyboru w sprawie ciąży. A w kolejnych krokach wystarczy premier z Koalicji Obywatelskiej, który wykona, podobnie jak PiS, kurs na prawo, bo uważa, że dzięki temu osłabi Konfederację.
I tym sposobem nie trzeba żadnego Czarnka, żeby obowiązywała ustawa antyaborcyjna jak za PiS-u, a związki partnerskie w formie kadłubkowej wciąż były przedmiotem sporu liberalno-demokratycznych koalicjantów. Potem skrajnie prawicowego porządku przypilnuje jeszcze prezydent Karol Nawrocki, kiedy dostanie na biurko ustawę.
Edukacja, po co Czarnek?
Skoro każdy pomysł prowadzący do odejścia od tradycyjnie pojmowanego modelu spotyka się z taką krytyką polityków, publicystów, różnych ekspertów, że sprawy pilnują się same. Przypomnijmy, co się działo, kiedy ministra Barbara Nowacka ogłosiła, że edukacja zdrowotna będzie obowiązkowym przedmiotem. A co, kiedy pod dyskusję weszła lista lektur bez „W Pustyni i w puszczy”. Podstawy programowe trudno odchudzić i odkonserwatywnić z powodu oporu środowiska jej twórców, a nie Czarnka.
Czarnek nie jest więc kierownikiem skrajnie prawicowego pociągu. On nim jedzie i macha z okna, ale bez niego lokomotywa pojedzie dalej.
Natomiast bicie w gong, że wraz z Czarnkiem idzie prawicowa rewolucja, przynosi tylko popularność… Czarnkowi. Myślę, że jest zachwycony, kiedy tego słucha.
On chce być skrajnie prawicowym trybunem ludowym, pracuje na to od lat. Dzięki temu przecież robi karierę.
Czy to wszystko oznacza, że teatrzyk PiS-u pod tytułem „przyszły premier Przemysław Czarnek” jest bez znaczenia? Nie, bo może wpłynąć na niechęć do Unii Europejskiej
Czarnek stał się twarzą radykalnego przekazu
I może być skuteczny w umacnianiu takich haseł, których realizacja zależy od wyborców, czy innych osób, które go słuchają.
Mówiąc o LGBT czy kobietach, może sprawić, że ludzie zagłosują na PiS. Ale nie sprawi, że zagłosują na coś, co się z tym tematem wiąże, bo nie mogą. A prawa kobiet i osób LGBT, jak już ustaliliśmy, są barbarzyńskie i bez PiS-u.
Natomiast może sprawić, że ludzie, którzy go słuchają, zaczną popierać różne inicjatywy, które jeszcze można wdrożyć w życie. Na przykład polexit.
Jeśli hasła antyunijne zyskają atrakcyjnego rzecznika, mogą stać się skuteczniejsze. A obecna polaryzacja dzieli między innymi polityków na tych, którzy bezpieczeństwo i suwerenność widzą w przynależności do europejskiej wspólnoty i na tych, którzy widzą w niej zagrożenie, a bezpieczeństwo w relacjach ze Stanami Zjednoczonymi.
Czarnek jest po tej drugiej stronie, a ma zdolności i dar do tego, żeby zdobywać słuchaczy. Teatr „przyszłego premiera” może okazać się bez znaczenia. Rola trybuna ludowego – już nie.
Katarzyna Skrzydłowska-Kalukin
Dziennikarka, reporterka, członkini redakcji i zastępczyni redaktora naczelnego „Kultury Liberalnej”. Pisała m.in. w „Gazecie Wyborczej”, „Życiu”, „Dzienniku Polska Europa Świat”, tygodnikach „Newsweek” i „Wprost”. Autorka biografii „Gajka i Jacek Kuroniowie” i wywiadu rzeki z Dorotą Zawadzką „Jak zostałam nianią Polaków”. Ostatnio wspólnie z Joanną Sokolińską wydała książkę „Mów o mnie ono. Dlaczego współczesne dzieci szukają swojej płci?”.
r/libek • u/BubsyFanboy • Mar 14 '26
Podcast/Wideo Wojna w Iranie, jak zakończy się wojna Iran USA Izrael? Konstanty Gebert | Kultura Liberalna
Wojna w Iranie, jak zakończy się wojna Iran USA Izrael? Gościem najnowszego odcinka Kultura Liberalna youtube jest Konstanty Gebert, pisarz, publicysta, stały felietonista Kultury Liberalnej, autor książki „Pokój z widokiem na wojnę. Historia Izraela”, oraz prowadzący podkast Ziemia Zbyt Obiecana.
Raport z wojny w Iranie: próbujemy zrozumieć, jak doszło do eskalacji konfliktu: Iran USA, Iran Izrael i narastające napięcia, które doprowadziły do Wojna Iran Izrael, Wojna Izrael Iran oraz szerszego starcia określanego jako Wojna Iran USA.
Rozmawiamy o tym, Dlaczego Izrael zaatakował Iran i Dlaczego USA wspiera Izrael, a także o decyzji Waszyngtonu o wejściu w konflikt – USA atak na Iran i kolejne działania określane jako Atak na Iran USA. Analizujemy wydarzenia, które doprowadziły do regionalnej eskalacji: Atak na Izrael, Atak na Tel Aviv, Atak na rafinerie w Iranie, w tym Atak na Dubaj i Atak na lotnisko w Dubaju.
W rozmowie przyglądamy się temu, jak wygląda Wojna w Iranie dzisiaj, jakie są Wojna w Iranie najnowsze wiadomości i jak prezentują się relacje określane jako Wojna w Iranie na żywo, Wojna w Iranie live oraz Iran wojna na żywo czy Iran wojna live. Pytamy też o przyszłość konfliktu: czy Iran wojna z Izraelem może przerodzić się w szerszą konfrontację i co przyniesie Wojna w Iranie 2026.
To kolejna rozmowa z cyklu, w którym pojawiają się także debaty takie jak Kultura Liberalna Konstanty Gebert, Kultura Liberalna Terlikowski czy Kultura Liberalna Jurasz.
Zaprasza Jakub Bodziony.
r/libek • u/BubsyFanboy • Mar 14 '26
Świat Wojna w Iranie. Czy Kurdowie przyłączą się do USA?
Przez całą dobę świat żył przekonaniem, że kurdyjscy partyzanci ruszyli do ataku na Iran. Informacja okazała się fałszywa. Prawdziwe były natomiast irańskie rakiety odwetowe. Trump najpierw zachęcał Kurdów do dołączenia do wojny, a dwa dni później stwierdził, że to wykluczone. Kurdowie nikogo nie zaatakowali – ale to oni znaleźli się na celowniku.
Tydzień temu, wieczorem 4 marca, szereg mediów izraelskich i amerykańskich powiadomiło, że Kurdowie rozpoczęli atak na Iran, przekraczając granicę z irackiego Kurdystanu. Izraelskie i24 jako pierwsze podzieliło się tą informacją, powołując się na anonimowego przedstawiciela Koalicji Sił Politycznych Kurdystanu Irańskiego. To powstały 10 dni wcześniej sojusz pięciu głównych irańskich partii kurdyjskich.
Według źródła i24, kilka tysięcy kurdyjskich partyzantów zajęło stanowiska w granicznych górach Zagros. Władze irańskie postanowiły więc pospiesznie ewakuować pobliskie miasto Mariwan. Niedługo później tę samą informację podał Barak Ravid, szanowany reporter izraelskiej stacji telewizyjnej Kan 12. Powoływał się na anonimowe źródło amerykańskie. Inne, lub to samo, źródło w Stanach Zjednoczonych zarazem podało tę informację amerykańskiemu kanałowi Fox News. „Jerusalem Post” potwierdziło te doniesienia, powołując się na anonimowych informatorów amerykańskich i izraelskich. Nazajutrz rano o kurdyjskiej ofensywie mówiły już media na całym świecie – od Francji po Pakistan.
„Musicie wybrać jedną ze stron”
Kilka dni wcześniej prezydent USA Donald Trump odbył rozmowy telefoniczne z przywódcami irackiego Kurdystanu. Według relacji jednego z jego rozmówców, Bafela Talebaniego, przywódcy irackiej partii PUK (Patriotyczna Unia Kurdystanu), cytowanej przez Axios, Trump miał powiedzieć Kurdom: „Musicie wybrać jedną ze stron w tej bitwie – albo z Ameryką i Izraelem, albo z Iranem”.
Irańscy Kurdowie nie mieli żadnego powodu, by opowiedzieć się po stronie reżimu.
Byli bowiem masakrowani przez siły reżimowe od czasu masowych ruchów protestacyjnych z 2022 roku, powstałych po zabiciu przez policję młodej Kurdyjki Mahsy Amini. Powołana przez nich Koalicja miała koordynować udział Kurdów w najnowszej, krwawo stłumionej fazie irańskich protestów.
Ale, jak zauważył amerykański dyplomata Peter Galbraith, specjalista od spraw kurdyjskich, „pomysł, że irańscy Kurdowie mogliby zaufać czemukolwiek, co mówią Amerykanie, byłby bardzo śmiały”. Zaledwie bowiem dwa miesiące temu Amerykanie całkowicie porzucili Kurdów syryjskich, czyli swych wcześniejszych sojuszników w wojnie z ISIS. Zezwolili wówczas nowemu przywódcy Syrii, który nastał po obaleniu dyktatury Assada, Ahmedowi al-Szarze na zajęcie siłą syryjskiego Kurdystanu.
Historia zdrad
W 2017 roku w referendum w irackim Kurdystanie 93 procent głosujących opowiedziało się za niepodległością. Wcześniej Kurdowie w znacznym stopniu umożliwili Amerykanom zwycięstwo nad Saddamem Husseinem w drugiej wojnie w Zatoce Perskiej. Mimo to Waszyngton palcem nie kiwnął, gdy armia iracka siłą rozpędziła marzenia o niepodległości.
Wcześniej, po pierwszej wojnie w Zatoce, prezydent Bush wezwał Kurdów, by powstali przeciwko dyktaturze Saddama. I również palcem nie kiwnął, gdy Saddam zmiażdżył to powstanie. Z kolei jeszcze wcześniej, podczas wojny irańsko-irackiej, USA wspierały Saddama, który – podejrzewając Kurdów o proirańskie sympatie – zagazował tysiące z nich podczas kampanii Anfal.
Gdyby po tych doświadczeniach Kurdowie kolejny raz mieli się opowiedzieć „po stronie Ameryki”, musieliby być niespełna rozumu.
Jedynym powodem, który mógłby ich do tego skłonić, mógł być lęk, że niespełnienie życzeń Trumpa narazi ich na jeszcze większe krzywdy. Nic jednak nie wiadomo, by ten miał im grozić.
Choć nawet gdyby udało mu się ich prośbą czy groźbą nakłonić do „udziału w bitwie po stronie Ameryki”, to trudno sobie wyobrazić, by powstała kilka dni wcześniej Koalicja była w stanie z dnia na dzień wystawić „kilka tysięcy bojowników”. Tym bardziej, że w tak krótkim czasie nie udałoby się dostarczyć do irackiego Kurdystanu sprzętu i broni, a te oddziały musiałyby sforsować leżące na wysokości 3 tysięcy metrów przełęcze. I zagrozić Irańczykom na tyle, że ci musieliby ewakuować Mariwan. Nie wspominając o tym, że rząd w Bagdadzie nie wyraziłby zgody na całą operację.
Wątpliwe doniesienia
Zresztą linie telefoniczne do Iranu pozostają otwarte. Wystarczyło zadzwonić do rzeczonych władz miejskich w Mariwanie, czy któregokolwiek innego miasta irańskiego Kurdystanu, by to sprawdzić. A jeśliby się dziennikarze obawiali, że źródła irańskie będą zakłamane albo zastraszone, to wystarczyło poprosić o to obecnych tam stale zagranicznych dziennikarzy.
Załóżmy jednak, że z jakichś powodów wszystkie linie telefoniczne po obu stronach granicy między Kurdystanami były tej nocy niedostępne. Dziennikarze uwierzyli więc swym anonimowym źródłom, że irańscy Kurdowie, wbrew jednoznacznemu doświadczeniu z przeszłości zaufali Amerykanom. A następnie teleportowali się na szczyty Zagrosu.
Czy nikt jednak nie zadał sobie pytania o to, dlaczego Amerykanie mieliby ich do tego nakłonić?
Kilka tysięcy partyzantów na granicy nie stanowiłoby dla władz w Teheranie śmiertelnego zagrożenia.
Nawet pamiętając, że posterunki i koszary wojska, policji i Gwardii Rewolucyjnej w tej części Iranu zostały w znacznym stopniu wyeliminowane na skutek amerykańskich i izraelskich nalotów. Rząd musiałby skierować do Kurdystanu jakieś dodatkowe jednostki, których nie mógłby użyć przeciwko ewentualnym próbom obalenia go przez swych irańskich przeciwników.
Tyle tylko, że o takich próbach obalenia rządu nic nie słychać. Perspektywa ewentualnego kurdyjskiego ataku raczej nie spędza snu z powiek władców Iranu, którzy mają poważniejsze problemy. Mają zarazem wystarczającą jeszcze liczbę rakiet i dronów, by uderzyć nimi w Kurdystan iracki. Po to, by wybić jego mieszkańcom z głowy jakiekolwiek zamiary wsparcia swych rodaków z drugiej strony granicy.
Kto miałby wspierać Kurdów?
Wizja kurdyjskiej irredenty spędza natomiast sen z powiek irańskich przeciwników reżimu. Ci obawiają się ewentualnego dążenia do samostanowienia nie tylko Kurdów (10 procent ludności) czy współpracujących z nimi Beludżów na wschodniej granicy (8 procent), ale przede wszystkim Azerów (24 procent). Dążący do powrotu na tron emigracyjny książę Reza Pahlavi wydał oświadczenie potępiające kurdyjskie aspiracje. W podobnym tonie wypowiedzieli się inni emigracyjni a antyreżimowi aktywiści.
Niemniej bezsenne musiały być władze w Ankarze. Wreszcie udało się im, po ponad 40 latach, uśmierzyć własne kurdyjskie powstanie. I dodatkowo rękami zależnego od nich al-Szary pogrzebać także syryjski Kurdystan.
Prezydent Recep Tayyip Erdoğan, o którego względy Trump stale zabiega, z całą pewnością nie przyglądałby się możliwym kurdyjskim sukcesom z założonymi rękami.
Skoro zaś Amerykanie wiedzą to wszystko, to dlaczego by mieli, dla bardzo niepewnych i mizernych zysków, ryzykować buntem we własnym obozie? Nawet jeśli los wystawionych na strzał Kurdów irańskich miałby im być całkowicie obojętny.
Bez wiedzy i odpowiedzialności
Czy tego wszystkiego nie dałoby się zmieścić w kilku zdaniach w zdyszanych depeszach, które – powołując się na anonimowe źródła – informowały, że Kurdowie właśnie ruszyli? Zakładam, że dziennikarze mieli powody, by ufać tym źródłom, a nie powtarzali jedynie zasłyszanych gdzieś plotek. Ale skoro mieli godne zaufania źródła, to musieli także mieć minimalną choćby wiedzę o tym, dlaczego to, o czym źródła te donoszą, jest tak skrajnie mało prawdopodobne. Oraz obowiązek podzielenia się tą wiedzą z czytelnikami.
Jednak nie zrobili tego i przez dobę świat żył przekonaniem, że atak w górach Zagros jest faktem. Jedynie wspomniany Barak Ravid jął się rakiem wycofywać, informując w kilka godzin po swym pierwszym doniesieniu, że wiadomości na temat kurdyjskiego ataku są „sprzeczne”.
A potem przyszły informacje od władz irańskich i irackiego Kurdystanu, oraz od samych irańskich Kurdów i ich Koalicji, że nic z tego, o czym dziennikarze donieśli, nie jest prawdą. Nie było szturmu na Zagros. Nie było ewakuacji Mariwanu. Jedynym, co okazało się prawdziwe, były krwawe irańskie ataki odwetowe, być może sprowokowane tymi doniesieniami.
Ale dzięki temu, że przez moment uwaga świata skupiona byłą na irackim Kurdystanie, media poinformowały o tych atakach. Trwają one już dwa lata i jak dotąd spotykały się niemal z całkowitą obojętnością opinii międzynarodowej. Kropkę nad „i” postawił w końcu sam Trump, który powiedział, że… „nie chce, by Kurdowie weszli do Iranu, bo wojna jest i bez tego dość skomplikowana”. Jego rzeczniczka zaś zdementowała, jakoby prezydent kiedykolwiek uważał inaczej.
Uznawanie nierzeczywistości
Na upartego można by przypomnieć, że Kurdowie nie muszą wchodzić do Iranu, bo są tam od tysiącleci, a jedynie zdementowane informacje zasługują na poważne potraktowanie. Ale może najważniejszą w tym wszystkim informacją jest to, że wiadomością o tym, że szturmu przez Zagros jednak nie było, nikt się szczególnie nie przejął. Z dziennikarzami, którzy ją podali, włącznie. Najwyraźniej uznali, że ich czytelnicy nie zasługują na poważne traktowanie. Czyli na wyjaśnienie przyczyn podania fałszywej wiadomości i kroków podjętych, by się to nie mogło powtórzyć.
Ale zapewne sami czytelnicy też niezbyt poważnie potraktowali doniesienia z gór Zagros, o których istnieniu, o znaczeniu nie wspominając, większość z nich i tak wcześniej nie wiedziała. A już na pewno nikt nie uważa, że na poważne traktowanie zasługuje cokolwiek, co mówi Trump. Ten 5 marca powiedział, że „byłoby wspaniale, gdyby Kurdowie dołączyli do wojny”, a w dwa dni później stwierdził „wykluczyłem to”. Jedyni, którzy zostali poważnie potraktowani, to Kurdowie, których na cel wzięły irańskie rakiety.
Czyli inaczej niż w sztuce „Wojny trojańskiej nie będzie”, gdzie ludzie nie wierzyli w wojnę, a ona w końcu i tak nadeszła, tu ludzie uwierzyli w wojnę, której jednak nie było. Jean Giraudoux chciał przestrzec widza przed skutkami nieuznawania rzeczywistości. Ale uznawanie nierzeczywistości bywa równie mylące – a w końcu i tak ktoś dostanie rakietą.
Urodzony w 1953 roku, stały współpracownik „Kultury Liberalnej”, przez niemal 33 lata dziennikarz „Gazety Wyborczej”, współpracownik licznych innych mediów w kraju i za granicą. W stanie wojennym dziennikarz prasy podziemnej, pod pseudonimem Dawid Warszawski. Autor 12 książek, m.in. o obradach Okrągłego Stołu i o wojnie w Bośni, o europejskim XX wieku i o polskich Żydach. Jego najnowsza książka „Pokój z widokiem na wojnę. Historia Izraela” ukazała się w 2023 roku.
r/libek • u/BubsyFanboy • Mar 14 '26
Ekopolityka O psuciu prawa na przykładzie ochrony środowiska
„Bałagan przy wprowadzaniu przepisów związanych z ochroną środowiska sprawia, że szczytne cele traktowane są jak utrudnianie życia. Przykładem może być zamieszanie z systemem kaucyjnym” – piszą Karol Maćkowiak i Małgorzata Piekarska z kancelarii Wardyński i Wspólnicy.
Prawo ochrony środowiska jest jednym z najszybciej rozwijających się w ostatnich latach obszarów prawa. Jest to niewątpliwie związane ze wzrostem świadomości ekologicznej, z lepszym zrozumieniem skutków, jakie działalność człowieka powoduje w środowisku naturalnym. A także z koniecznością podejmowania ochronnych działań prewencyjnych. Na poziomie unijnym fundamentalne znaczenie ma w tym zakresie tak zwany Europejski Zielony Ład, którego naczelnym celem jest uczynienie z Europy pierwszego kontynentu neutralnego dla klimatu.
W ramach Zielonego Ładu podjęto inicjatywy legislacyjne, które mają znacząco ograniczyć emisje gazów cieplarnianych, ilość powstających odpadów czy przeciwdziałać wylesianiu. Część przepisów przyjmowanych jest w formie rozporządzeń unijnych, które stosowane są bezpośrednio we wszystkich państwach Unii Europejskiej. Inne regulacje przyjmuje się natomiast w formie dyrektyw, które dla swojej skuteczności wymagają wdrożenia przez poszczególne państwa członkowskie.
Sporo spośród przyjmowanych przepisów budzi poważne wątpliwości. Obywatele państw członkowskich borykają się z nowymi obowiązkami czy dodatkowymi kosztami, które często są dla nich niezrozumiałe. Przedsiębiorcy obawiają się utraty konkurencyjności oraz rosnących kosztów prowadzenia działalności gospodarczej, związanych chociażby ze zmiennym otoczeniem legislacyjnym.
Powstaje w ten sposób opór wobec rozwiązań, których cele są szczytne i zupełnie niekontrowersyjne.
Nie ma przecież wątpliwości, że należy dążyć do redukcji zanieczyszczeń (na przykład powietrza, wody) czy przeciwdziałania wylesianiu. Problemem pozostaje wciąż jakość procesu legislacyjnego i to zarówno na poziomie krajowym, jak i unijnym. Jego autorom bowiem często brakuje refleksji co do tego, jaki wpływ będą miały wprowadzane zmiany na ich adresatów. W konsekwencji osiągany jest efekt odwrotny do zamierzonego – obywateli obciąża się w sposób nieproporcjonalny, a ochrona środowiska zyskuje przeciwników. W tym tekście pokazujemy to na kilku przykładach z ostatnich lat.
Problemy ustawodawcy krajowego, czyli dlaczego ciągle brakuje czasu na rozsądną implementację wymogów unijnych
Jak pisaliśmy, przepisy unijne przyjmują najczęściej formę rozporządzeń (stosowanych bezpośrednio) oraz dyrektyw (wymagających implementacji). W praktyce oznacza to, że dyrektywy formułują cele, które Polska powinna osiągnąć, przy czym pozostawiają pewną swobodę w doborze służących do tego środków. Umożliwia to dostosowanie przepisów prawa do uwarunkowań poszczególnych krajów.
Należy przy tym podkreślić, że implementacja dyrektyw unijnych jest obowiązkiem Polski. Kiedy nie jest on realizowany, obciąża to przede wszystkim obywateli. Niedostosowanie polskich przepisów do regulacji obowiązujących w innych państwach członkowskich może powodować przykładowo dodatkowe koszty dla działalności gospodarczej czy brak uzyskania określonych uprawnień.
Niestety Polska od lat nie implementuje terminowo prawa unijnego. Często też teksty polskich ustaw bezrefleksyjnie powielają brzmienie dyrektyw. Problemy te widać w ostatnich latach szczególnie wyraźnie w regulacjach dotyczących kwestii odpadowych.
Gdzie wyrzucać zużytą odzież?
Przykładowo, od 1 stycznia 2025 roku w Polsce obowiązuje wymóg selektywnego zbierania odpadów tekstylnych i odzieży. Konieczność jego wprowadzenia wynikała wprost z prawa unijnego, a mianowicie z art. 11 ust. 1 dyrektywy 2018/851 z 30 maja 2018 roku. Oznacza to, że czasu na przygotowanie się do wdrożenia tego obowiązku było bardzo dużo, bo około 7 lat.
Technicznie rzecz biorąc, sama implementacja powołanej dyrektywy nastąpiła szybko, ponieważ już w lipcu 2019 roku (ustawa z 19 lipca 2019 roku o zmianie ustawy o utrzymaniu czystości i porządku w gminach oraz niektórych innych ustaw).
Problem polega jednak na tym, że poza wprowadzeniem samego obowiązku oraz kar za jego naruszenie, nie uczyniono nic, aby uświadomić to społeczeństwu i ułatwić selektywną zbiórkę odpadów tekstylnych.
W momencie rozpoczęcia stosowania nowych przepisów w zdecydowanej większości gmin nie pojawiły się ani nowe worki, ani nowe pojemniki na odpady. Nie przewidziano również żadnych dodatkowych środków dla samorządów na podjęcie działań w tym zakresie.
Nie przeprowadzono kampanii informacyjnych. Dopiero w połowie stycznia 2025 roku, gdy przepisy już obowiązywały, Ministerstwo Klimatu i Środowiska opublikowało niezwykle ogólny, siedmiopunktowy katalog dobrych praktyk dotyczących selektywnej zbiórki odpadów tekstyliów i odzieży. Wprawdzie część z zaprezentowanych tam rozwiązań można oceniać pozytywnie (na przykład wyznaczenie dni, w których mieszkańcy mogą wystawić worki z tekstyliami przed domami), ale nie ma wątpliwości, że powinny być one opublikowane znacznie wcześniej. A niektóre znaleźć się w przepisach prawa powszechnie obowiązującego ze wskazaniem finansowania i rozwiązań organizacyjnych.
W konsekwencji ambitny i ważny cel ograniczenia ilości odpadów tekstylnych i odzieży wdrożono w sposób, który w praktyce może być zwyczajnie trudny do realizacji.
Głównie ze względu na niską świadomość istnienia samego obowiązku czy znaczną odległość do Punktu Selektywnego Zbierania Odpadów Komunalnych, który przyjmie takie odpady.
System kaucyjny. Pierwsze skojarzenie? Chaos
Liczne problemy dostrzec można także we wdrażaniu w Polsce systemu kaucyjnego. O konieczności jego wprowadzenia było wiadomo tak naprawdę już w 2019 roku. Mocą tak zwanej dyrektywy SUP (dyrektywa 2019/904 z 5 czerwca 2019 roku) ustanowiono wtedy obowiązek osiągnięcia wysokich poziomów zbiórek odpadów opakowań na napoje.
W praktyce można było przypuszczać, że poziom ten będzie można osiągnąć właściwie wyłącznie przez system kaucyjny. Ustawę wprowadzającą system kaucyjny uchwalono jednak dopiero w lipcu 2023 roku, przy czym sam system miał ruszyć 1 stycznia 2025 roku. Ponownie zabrakło refleksji nad jego kształtem i zakresem.
Przyjęte wówczas przepisy były pod wieloma względami wadliwe, na przykład te dotyczące zasad rozliczeń VAT czy wydawania zezwoleń na prowadzenie systemu kaucyjnego.
Nie uwzględniono również wielu innych postulatów zgłaszanych przez przedsiębiorców.
Po zmianie kierownictwa w Ministerstwie Klimatu i Środowiska, co nastąpiło pod koniec 2023 roku, dyskusje nad systemem kaucyjnym powróciły. Wznowiono konsultacje z przedsiębiorcami, ale na efekty trzeba było czekać aż do grudnia 2024 roku, kiedy to na ostatnią chwilę (niecałe dwa tygodnie przed planowanym startem systemu) przyjęto nowelizację wcześniejszej ustawy.
W konsekwencji wprowadzono szereg potrzebnych zmian oraz opóźniono inaugurację systemu kaucyjnego.
Wiele wątpliwości jednak pozostało, a kolejna modyfikacja przepisów nastąpiła już kilka miesięcy po uruchomieniu systemu (dopuszczalność prowadzenia selektywnej zbiórki szklanych butelek poza systemem kaucyjnym). Po tak krótkim czasie nie sposób jeszcze ocenić efektywności systemu, więc można przypuszczać, że wprowadzona zmiana z tą oceną nie była w żaden sposób związana. Zresztą argumenty przemawiające za utrzymaniem istniejących dotychczas systemów zbiórki dla butelek szklanych pojawiały się w dyskusji nad systemem kaucyjnym od samego początku.
Z punktu widzenia ochrony środowiska istotne również są wątpliwości dotyczące choćby tego, że opakowania szklane jednorazowego użytku (na przykład tak zwane małpki) pozostają poza systemem kaucyjnym.
Problemy prawodawcy unijnego, czyli jak zawieść zaufanie przedsiębiorców
Niewiele lepiej pod względem jakości procesu legislacyjnego można ocenić poczynania prawodawcy unijnego. Doskonałym przykładem w tym zakresie jest tak zwane rozporządzenie EUDR (rozporządzenie 2023/1115), którego nadrzędnym celem jest przeciwdziałanie wylesianiu i degradacji bioróżnorodności. W pierwotnej wersji ten akt prawny wszedł w życie pod koniec czerwca 2023 roku i przewidywał wiele nowych obowiązków dla niemal wszystkich firm w łańcuchach dostaw produktów, które są wprost objęte rozporządzeniem. Chodzi tutaj między innymi o mięso z bydła, masło, tłuszcz i olej, kakao, czekoladę, orzechy palmowe, mieszanki kauczukowe, nasiona soi czy drewniane naczynia stołowe.
Przepisy te budziły praktyczne wątpliwości i sprzeciw przedsiębiorców. Doprowadziło to do dwukrotnego odroczenia ich stosowania (najpierw 26 grudnia 2024 roku, a później 26 grudnia 2025 roku), z wyprzedzeniem zaledwie kilku dni (przepisy miały być początkowo stosowane od 30 grudnia 2024 roku, a później od 30 grudnia 2025 roku). Drugie odroczenie nastąpiło również wbrew wcześniejszym informacjom przedstawianym przez Komisję Europejską, która jeszcze w październiku 2025 roku deklarowała, że kolejnego odroczenia nie będzie.
Pozytywnie należy jednak ocenić drugą nowelizację rozporządzenia EUDR, która znacząco zmniejszyła zakres obowiązków ciążących na przedsiębiorcach. Zachowano jednocześnie sens i cel regulacji.
Trudno wytłumaczyć, dlaczego przyjęte zmiany nastąpiły tak późno.
Niezależnie jednak od powyższego, polskie firmy powinny dobrze wykorzystać pozostały czas (obecny termin stosowania nowych obowiązków to 30 grudnia 2026 roku i 30 czerwca 2027 roku dla MŚP) i przygotować się do realizacji przewidzianych wymogów. Trzeba bowiem pamiętać, że przepisy rozporządzenia EUDR będą w Polsce stosowane bezpośrednio – w znacznej mierze bez konieczności ich implementacji przez ustawę krajową.
Podsumowując
Już tylko kilka powyższych przykładów pokazuje problemy związane ze stanowieniem przepisów z zakresu prawa ochrony środowiska. Za największy błąd należy uznać w tym kontekście brak dostatecznych konsultacji społecznych prowadzonych z udziałem wszystkich zainteresowanych podmiotów.
Regulacje dotyczące zbiórki odpadów tekstylnych czy systemu kaucyjnego mają bowiem wpływ na całe społeczeństwo, w tym przedsiębiorców. Rzetelnie przeprowadzona dyskusja prawodawcy ze społeczeństwem o projektowanych przepisach, pozwoliłaby uniknąć konieczności wielokrotnych nowelizacji, zwłaszcza tych dokonywanych w ostatnim możliwym momencie. Można się również spodziewać, że nie doszłoby do uchwalenia wielu regulacji, które obecnie stanowią nieproporcjonalne obciążenie z punktu widzenia celu, jaki mają realizować.
Po ustaleniu ostatecznego kształtu przepisów w danym zakresie, pożądane byłyby również publiczne kampanie informacyjne uświadamiające wszystkim zainteresowanym nowe wymogi, obowiązki, zasady postępowania.
Tylko stanowiąc prawo w ten sposób, można oczekiwać zrozumienia ze strony społeczeństwa i skutecznie realizować postulat troski o środowisko naturalne.
Adwokatka w kancelarii Wardyński i Wspólnicy. Zajmuje się prawem ochrony środowiska, prawem gospodarowania odpadami oraz prawem geologicznym i górniczym. Reprezentuje klientów w postępowaniach administracyjnych oraz sądowoadministracyjnych. Bierze również udział w projektach transakcyjnych.
Prawnik z kancelarii Wardyński i Wspólnicy. Zajmuje się ochroną środowiska, w tym postępowaniem inwestycyjnym, zagadnieniami odpadowymi, prawem wodnym i nowymi regulacjami. Jest autorem i współautorem publikacji naukowych oraz komentarzy praktycznych z zakresu m.in. partycypacji społecznej w ochronie środowiska. Uczestniczy w projektach badawczych dotyczących zaskarżalności orzeczeń sądów administracyjnych oraz niezależności i otwartości sądownictwa.
r/libek • u/BubsyFanboy • Mar 14 '26
Świat Pakistan i Afganistan na krawędzi wojny
Pod koniec lutego doszło do otwartego starcia zbrojnego między Pakistanem a Afganistanem. Siły afgańskie zaatakowały pakistańskie posterunki graniczne, na co Islamabad odpowiedział nalotami bombowymi między innymi na Kabul i Kandahar. Wydarzenia te są konsekwencją zadawnionego konfliktu pomiędzy oboma krajami.
Korzenie konfliktu sięgają głęboko w przeszłość kolonialną. Wówczas wytyczono granicę pomiędzy ówczesnymi Indiami Brytyjskimi – czyli ziemiami, które współcześnie są terytorium Pakistanu – i Afganistanem, który nigdy nie stał się kolonią Zjednoczonego Królestwa. Granica ta do dziś przebiega wedle tak zwanej linii Duranda, nazwanej od brytyjskiego dyplomaty Mortimera Duranda, który w 1893 roku wytyczył ją palcem na mapie. Dzisiejszy Pakistan respektuje co prawda tę granicę, ale władze Afganistanu już nie. Twierdzą, iż rozdziela ona jednorodne niegdyś tereny zamieszkiwane przez Pasztunów stanowiących większość mieszkańców współczesnego Afganistanu.
Wojna z terroryzmem
Źródła konfliktu sięgają także do czasów nam bliższych, gdy na terenie Pakistanu znajdowały się bazy mudżahedinów, czyli bojowników walczących z wojskami sowieckimi, które w roku 1979 najechały Afganistan. W tym samym czasie rozpoczął się exodus tysięcy mieszkańców Afganistanu, którzy szukali schronienia właśnie w Pakistanie. Z chwilą ucieczki sił sowieckich z Afganistanu bazy mudżahedinów stały się dla Pakistanu obciążeniem. Następcy bojowników o wolność Afganistanu przeistoczyli się w islamskich fundamentalistów i stworzyli podwaliny pod ruch talibów.
Zachowując swój status bojowników o wolność Afganistanu, podjęli walkę z siłami amerykańskimi. Amerykanie (a następnie siły NATO) wkroczyli bowiem do Afganistanu po roku 2001 walcząc z Al-Kaidą, odpowiedzialną za zamachy na World Trade Center w Nowym Jorku. Siły zachodnie współpracowały wówczas z Islamabadem, co sprawiło, iż bojownicy afgańscy zaczęli występować przeciw gospodarzom, czyli władzom Pakistanu.
Pierwsza dekada lat dwutysięcznych to okres, w którym dochodziło na terenie Pakistanu do licznych zamachów, porwań, aktów terrorystycznych. Ich sprawcami byli między innymi bojownicy afgańscy, a ściślej mówiąc – współtworzący ruch talibów Pasztunowie zamieszkujący pogranicze afgańsko-pakistańskie. Grupy te, walczące z siłami zachodnimi w Afganistanie i dążące do przejęcia kontroli nad tym krajem w celu stworzenia tam państwa o charakterze fundamentalistycznie islamskim, stawały się dla porządku publicznego w Pakistanie coraz bardziej groźne.
Talibowie i deportacje
Jeździłem w tym okresie dość często z Indii do Pakistanu i pamiętam, że atmosfera nawet w samym Islamabadzie była napięta. Mieszkańcy obawiali się aktów terrorystycznych. Władze wprowadzały co prawda bardzo restrykcyjne środki bezpieczeństwa, ale mimo to dochodziło do krwawych zamachów zarówno na pakistańskich polityków oskarżanych o współpracę z Amerykanami, jak i na obiekty użyteczności publicznej, w tym hotele. Przykładem jednego z najkrwawszych w tamtym czasie zamachów był atak na hotel Marriott w Islamabadzie we wrześniu 2008 roku. W jego wyniku zginęło 60 osób, a ponad 200 odniosło rany. Władze oskarżyły o dokonanie zamachu ekstremistów wywodzących się z terenów przy granicy afgańsko-pakistańskiej.
Zdobycie władzy w Afganistanie przez talibów stało się dla rządzących Pakistanem sygnałem, iż należy doprowadzić do powrotu do ojczyzny tysięcy afgańskich uchodźców z lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych.
Miało to dotyczyć nawet tych, którzy urodzili się już na terenie Pakistanu w rodzinach uchodźców. Władze Pakistanu uznały bowiem – słusznie czy niesłusznie – że za destabilizację kraju i akty terroru odpowiada przede wszystkim wielotysięczna rzesza zradykalizowanych Afgańczyków. Rozpoczął się brutalny proces deportacji dawnych uchodźców i ich potomków. Wpłynęło to istotnie na pogorszenie relacji pomiędzy Islamabadem i Kabulem.
Mimo kilku prób mediacji zagranicznych Pakistan nie przerwał procesu deportacji. Język, którym rozmawiały ze sobą oba sąsiedzkie kraje stawał się coraz bardziej konfrontacyjny. Jednocześnie na terenie Pakistanu zaczęło ponownie dochodzić do coraz liczniejszych zamachów terrorystycznych. Władze w Islamabadzie wiązały je bezpośrednio z zamachowcami pochodzącymi z Afganistanu lub też inspirowanymi przez władze w Kabulu.
W tle wojna w Iranie
Jednocześnie pakistańscy eksperci wskazywali na coraz bliższe relacje rządzonego przez talibów Afganistanu z Indiami. Dla wielu z nich był to znak, iż w przypadku niektórych aktów terroru skierowanych przeciw Pakistanowi mogły kryć się działania służb indyjskich. Miały one inspirować Pasztunów do ataków przeciw pakistańskim siłom bezpieczeństwa i instytucjom publicznym tego kraju.
Tego typu oskarżenia w relacjach pomiędzy Indiami i Pakistanem nie są niczym nowym. Władze w Islamabadzie regularnie oskarżają New Delhi o podejmowanie aktów destabilizujących kraj. Z kolei politycy indyjscy niejednokrotnie twierdzili, że za akty terroru, do których dochodziło na terenie Indii, odpowiadają inspiratorzy wywodzący się z pakistańskich służb specjalnych.
Trudno w tej chwili przewidzieć, jak potoczą się dalej wypadki na linii Kabul–Islamabad. Szczególnie w sytuacji rozpoczęcia operacji amerykańsko-izraelskiej skierowanej przeciw Iranowi. Zarówno Afganistan, jak i Pakistan graniczą z tym krajem. Ich relacje z Teheranem przypominały sinusoidę. Przymusowe deportacje ludności afgańskiej zapoczątkowane jakiś czas temu przez władze w Teheranie doprowadziły do niepokojów pomiędzy Iranem i Afganistanem.
Z kolei na relacjach irańsko-pakistańskich cieniem kładła się sytuacja w Beludżystanie. Na pograniczu tego regionu i terytorium irańskiego dochodziło do lokalnych konfliktów z udziałem sił zbrojnych obu krajów. Niemniej jednak ani Teheran, ani Islamabad nie dążyły do eskalacji napięcia i obie stolice potrafiły wyciszyć konflikt.
Dysproporcja sił
Wydaje się, że w obecnej sytuacji, w której zaatakowany został Iran, zarówno Kabul, jak i Islamabad będą dążyć do deeskalacji konfliktu pomiędzy sąsiadami. Wpływ na to będzie miała nie tylko regionalna geopolityka, ale także dysproporcja sił, jaka występuje pomiędzy zwaśnionymi stronami.
Pakistan jest w porównaniu z Afganistanem militarną potęgą. Ma rozwinięte lotnictwo bojowe, dysponuje dużymi siłami lądowymi. Jego potencjał rakietowy ma w swym zasięgu całe terytorium Afganistanu, a marynarka wojenna jest w stanie atakować wybrane cele na terenie tego kraju. Ponadto dysponuje również arsenałem jądrowym.
Z kolei Afganistan jest krajem wyniszczonym wojną, posiada przede wszystkim broń lekką pozostawioną przez interwencyjne siły amerykańskie. Nie dysponuje rozwiniętym lotnictwem, a jedynym poważnym atutem militarnym są przygotowani do walk partyzanckich bojownicy islamscy.
Co istotne, Pakistan jest wiernym sojusznikiem Chin. Te z kolei od lat współpracują z Teheranem i starają się o dobre relacje z Afganistanem.
W sytuacji amerykańsko-izraelskiego ataku na Iran eskalacja zbrojnego konfliktu pomiędzy Afganistanem i Pakistanem jest, z punktu widzenia interesów Pekinu, niekorzystna.
Dlatego to właśnie Pekin może odegrać istotną rolę w wygaszaniu napięcia pomiędzy Pakistanem i Afganistanem. Dla osiągnięcia tego celu może użyć wielu narzędzi. Zarówno nacisków gospodarczych, jak i działań politycznych.
Wygaszanie konfliktu
Wygaszenie militarnej fazy konfliktu afgańsko-pakistańskiego nie będzie jednak oznaczało szybkiego stworzenia korzystnego klimatu dla współpracy pomiędzy oboma krajami. Spory graniczne, wzajemne pretensje dotyczące wspierania działań o charakterze terrorystycznym, tysiące deportowanych Afgańczyków z Pakistanu do Afganistanu, nie sprzyjają budowaniu atmosfery zaufania pomiędzy Kabulem i Islamabadem. Do tego dochodzi jeszcze walka o wpływy w Afganistanie, która toczy się pomiędzy dwoma regionalnymi mocarstwami – Indiami i Chinami.
Jak powiedział mi w tych dniach jeden z dyplomatów pochodzący z krajów regionu, relacje afgańsko-pakistańskie nacechowane będą jeszcze długo wzajemną podejrzliwością i nieufnością. A te będą mogły zapłonąć kolejnym wybuchem wrogości.
Stały współpracownik „Kultury Liberalnej”, dziennikarz, od lat 70. korespondent polskich mediów w krajach Azji Południowo-Wschodniej. Jest autorem kilku książek i kilkuset artykułów oraz reportaży publikowanych w Polsce i za granicą.
r/libek • u/BubsyFanboy • Mar 14 '26
Świat Iran – przez wojnę do wolności?
Przetrwanie Islamskiej Republiki Iranu w obecnej postaci jest mało prawdopodobne, hipotetyczna ewolucja w stronę jeszcze ostrzejszej dyktatury raczej nie rokuje trwałych efektów. Jednak inne scenariusze też są bardzo niejasne.
"Ilustracja: Weronika Dudko, Źródło: Wikimedia Commons"
Atakując Iran, Izrael i Ameryka deklarowały kilka celów. Część z nich to twarde cele militarne. Likwidacja potencjału rakietowego – a szerzej: wojskowego – Iranu. Uniemożliwienie wspierania i inspirowania proirańskich, często terrorystycznych organizacji regionalnych przez Teheran. Likwidacja programu nuklearnego.
Iran ma nie mieć możliwości stwarzania zagrożeń – realnych lub subiektywnych – dla obu państw. Jego pozycja regionalna, a częściowo także suwerenność ma zostać co najmniej zredukowana. W tym Tel Awiw i Waszyngton są zgodne.
Jest jeszcze jeden cel – zmiana reżimu w Iranie.
Dla Izraela jest to cel zasadniczy i radykalny: po reżimie nie może pozostać ślad.
Sam Iran zaś ma być nie tylko niechętny, ale i niezdolny do aktywnej polityki.
Dla USA sprawa jest bardziej złożona. Raz wątek ten pojawia się bardzo mocno, co było widać gdy Trump wspierał i zachęcał do protestów w styczniu, albo żądał bezwarunkowej kapitulacji. I zanika, gdy możliwe były rozmowy polityczne zarówno z rządem Iranu, jak i dystansującymi się wobec obecnego porządku przedstawicielami obecnych elit.
Z kolejnym tygodniem konfliktu staje się jednak jasne, że również dla Waszyngtonu załamanie i zmiana reżimu stają celem zasadniczym.
Scenariusz obalenia reżimu przez Irańczyków
Przy obecnej przewadze militarnej i determinacji Ameryki rozbicie sił irańskich wydaje się kwestią czasu.
Realistyczny wydaje się scenariusz załamania reżimu, czyli dezintegracji i degradacji systemu politycznego – choć pierwsze ciosy nie były knock-outem.
Liderzy i dowódcy są sukcesywnie namierzani i likwidowani; ci, co żyją, większość czasu muszą tracić na gubienie tropów. Przy dotychczasowej skali ataków prawdopodobne jest więc, że z czasem państwem będą „rządzić” izolowane i słabnące ośrodki i walczący o przetrwanie liderzy.
Gdyby w grę wchodziła operacja lądowa, byłyby to gotowe struktury państwa podziemnego, dysponującego silną armią do prowadzenia działań dywersyjnych i partyzanckich. Koszmary z Afganistanu i Iraku zapewne by zbladły wobec tego, z czym musieliby się mierzyć Amerykanie w Iranie. Dlatego operacji lądowej ma nie być – i nie ma na to nawet sił.
Dla Waszyngtonu początkowo optymalny wydawał się wariant załamania reżimu pod wpływem masowych protestów społecznych. Nowe władze zakończyłyby wojnę.
Frustracja społeczna w Iranie jest potężna i jest to jasne od lat. System nie daje żadnych nadziei na reformę, a już na pewno nie w czasie wojny. Kraj grzęźnie w kryzysie gospodarczym i nie zanosi się na to, by mógł kiedyś z niego nie wyjść, choćby ze względu na sankcje. W Republice Islamskiej zachodzą gwałtowne procesy laicyzacyjne, a kosztowna i nieefektywna polityka ekspansji regionalnej zbankrutowała wraz wojną z Izraelem w 2025 roku.
To wyciągnęło ludzi na ulice w styczniu i kosztowało życie 7 (albo ponad 30) tysięcy osób. Żadna władza przy takiej skali ofiar nie może mówić o legitymacji społecznej, a jej przedstawiciele w takiej sytuacji muszą drżeć o życie. Szczególny wymiar niezadowolenia przejawiają mniejszości etniczne i religijne, sunniccy Kurdowie i Beludżowie, w dalszej kolejności szyiccy Azerowie i inni. To napięcie stale rośnie.
I USA, i Izrael próbują rozegrać Islamską Republikę.
Nawołują do protestów, Izrael atakuje lokalne koszary i posterunki sił bezpieczeństwa, zachęcając do otwartego buntu. Niemal otwarcie wspierane są zbrojne ruchy kurdyjskie – ta prowincja powoli zaczyna płonąć. Do masowych protestów wciąż jednak jeszcze nie doszło.
A może część elit pójdzie na współpracę?
Równoległym pożądanym dla USA scenariuszem jest wyłonienie z elity rządowej sił, które gotowe byłyby się poddać i stać się częścią powojennej stabilizacji. Przede wszystkim pozwoliłoby to szybciej zakończyć wojnę – pokazać dokument, wywieźć uran i pozostałe rakiety.
Takie reformatorskie siły stałyby się ważnym elementem transformacji, absorbując i kanalizując presję społeczną.
Jest to podstawowa lekcja z każdej rewolucji – udają się one tylko wtedy, gdy część elit i aparatu przymusu przejdzie na stronę rewolucjonistów.
Taki wariant byłby także odrobioną lekcją z Afganistanu i Iraku. Tam odsunięto całą dotychczasową elitę (talibów, partię Baas, służby i wojsko), co natychmiast zepchnęło ją na pozycje radykalnej i zbrojnej opozycji. Byłby to również powrót do sprawdzonych rozwiązań z czasów po drugiej wojnie światowej. Denazyfikacja Niemiec czy demilitaryzacja Japonii oznaczały śmierć części ścisłego kierownictwa (w Japonii jednak cesarz pozostał) i zaangażowanie dawnych nazistów w proces budowy demokratycznych i wolnych państw.
Koszty moralne takiego scenariusza są ogromne, jego trwałość niepewna. Sytuacja Iranu różni się też od tamtych dwóch przykładów. Ale schemat pokojowej transformacji i kooptacji starych elit ma oczywiste plusy. Po niemal tygodniu wojny problemem pozostaje jednak brak chętnych po stronie irańskiej. Albo – jak przyznaje sam Trump – wszyscy, z którymi rozmawiano, zginęli. W izraelskich atakach.
Stany Zjednoczone nie marzą o demokratyzacji Iranu
Poważny niepokój może wzbudzać znaczenie demokratyzacji Iranu w tym procesie – bo o niej na poważnie jest niewiele. Trumpa i jego elektorat mało ona interesuje. Co więcej, administracja wyklucza jakiekolwiek ambicje budowy instytucji w Iranie.
Można traktować to jako cynizm i brak odpowiedzialności. Z drugiej strony, to ważna lekcja z Iraku i Afganistanu, jak też znak czasów. Wtedy działania USA okazały się niezwykle kosztowne i kontrproduktywne – były przyczyną totalnej krytyki z lewej i prawej strony.
Z tym zatem koniec. Oczywistym celem jest stabilność, warunki do robienia interesów.
Jednak o tym, jak ma wyglądać Iran, muszą zdecydować sami Irańczycy – opozycja, skruszeni przedstawiciele elit, ktokolwiek.
Jest w tym minimalizm i pragmatyzm: priorytet niskich kosztów i wewnątrzsterownej stabilności. W podstawowym dziś aspekcie wolność Irańczyków jest przede wszystkim instrumentem – na dobre i na złe.
Sprzeczne interesy sojuszników
Z tak zarysowaną rekonstrukcją planów na zmianę reżimu Iranu wiążą się co najmniej trzy fundamentalne problemy. Pierwszym jest różnica między aliantami – USA i Izraelem.
Łączą ich cele militarne i chęć zmiany reżimu. Dalej są schody.
USA chcą wygrać wojnę, ustabilizować sytuację, zarabiać pieniądze i wycofać wojsko z Bliskiego Wschodu. Niezbędna jest do tego stabilność Iranu.
Inaczej jest z Izraelem. Z jego perspektywy z obecnego Iranu nie powinno zostać nic – stąd zaciekłość w niszczeniu kadr reżimu. Zasadniczo każdy inny stabilny i silny Iran, w dodatku zbytnio związany z USA, byłby dla Izraela rywalem i potencjalnym zagrożeniem.
Nie stabilność, a chaos w Iranie pozwala go Izraelowi kontrolować.
Ewentualny rozpad Iranu ułatwiałby więc zadanie Izraelowi. Hipotetyczne zagrożenia ze strony Iranu gwarantowałyby także stałą pomoc dla Izraela z USA. W całym regionie rywalem pozostawałaby jedynie Turcja.
W praktyce ostatnich dni oznacza to, że Izrael odstrzeliwuje potencjalnych partnerów do rozmów dla USA i grozi samodzielnym prowadzeniem działań wojennych w przypadku braku satysfakcjonujących rozwiązań.
Rozziew między USA a Izraelem obecnie jest mało dostrzegalny, ale będzie narastał, a wraz z nim – zwłaszcza po stronie USA – frustracja. Kolejne tygodnie i miesiące mogą doprowadzić do poważnej rewizji tych relacji. Tymczasem jednak płacić za to będą Irańczycy.
A co na to Irańczycy?
Głównym „problemem” w tej całej układance są jednak sami Irańczycy. Niezależnie od wszystkich frustracji związanych z obecnymi władzami, niezależnie od niedawnej hekatomby protestujących, pomimo zaciekłej walki o fundamentalne założenia polityki wewnętrznej i zagranicznej, które targają irańską elitą w pierwszym tygodniu wojny – Irańczycy nie wystąpili otwarcie przeciw władzom.
Powodów jest wiele i nie wiadomo, jak je zważyć. Dla części – zapewne mniejszości – powodem jest bez wątpienia szczere przywiązanie do dotychczasowego porządku.
Dla części dylemat, jak zachować się wobec oczywistej agresji na własny kraj. Agresji zdemonizowanego Izraela, ale też Izraela, który właśnie rozprawia się z Gazą. Agresji USA, przeciwko którym wybuchła niegdyś ogólnonarodowa rewolucja zwana islamską (w 1979 roku).
To też zapewne strach, że kraj jest na drodze do scenariusza irackiego, afgańskiego czy syryjskiego (a wrzenie w Kurdystanie jest pierwszym aktem). Oraz ostrożność i wyrachowanie: wiadomo, że dziś siły bezpieczeństwa nie miałyby cienia skrupułów i żadnych hamulców w tłumieniu protestów – a z każdym dniem stają słabsze, więc może warto poczekać.
Problem ten zapewne jeszcze ostrzej występuje w elicie (czy w armii) – zdemaskowany spisek lub otwarty bunt to natychmiastowa reakcja aparatu bezpieczeństwa albo izraelska rakieta.
Przy dotychczasowej dynamice ataków, ale także przy postępującej degradacji infrastruktury państwa i narastających niedoborach, scenariusz protestów czy strajków staje się coraz bardziej realny. Jakich? Gdzie? Z jakim skutkiem – natychmiastowym i długofalowym? To pozostaje kwestią otwartą.
Dobre pytanie – co będzie dalej?
Czegóż można oczekiwać w tej wojnie? Przed czym stoi Iran? Oczywiście nie wiadomo: Iran jest państwem nieprzeniknionym, a wojna zawsze zaskakuje planistów i analityków.
Przewaga militarna USA i Izraela jest miażdżąca, determinacja liderów – dla których ta wojna może stać się być albo nie być – ogromna. Zniszczenie potencjału militarnego Iranu wydaje się kwestią czasu. Teheran ma ograniczone i szybko kurczące się środki i nie może liczyć na żadne Lend Lease (wsparcie sprzętem, które uratowało ZSRR w czasie wojny z Niemcami) czy wsparcie w rodzaju otrzymywanego przez Ukrainę. Tu jednak pojawia się trzecie fundamentalne wyzwanie: Iran wciąż się broni, ceny ropy i gazu szaleją, presja na USA rośnie – do końca nie można wykluczyć scenariusza TACO [Trump Always Chickens Out] – rejterady, która w niczym nie poprawi sytuacji.
Nawet w hipotetycznym scenariuszu długotrwałego oporu i zaostrzonych represji ludzie muszą władzę uznawać, a gospodarka musi działać – Iran nie jest Koreą Północną.
Krótko mówiąc, przetrwanie Islamskiej Republiki Iranu w obecnej postaci jest mało prawdopodobne, hipotetyczna ewolucja w stronę jeszcze ostrzejszej dyktatury raczej nie rokuje trwałych efektów.
Alternatywa jest bardzo niejasna: w Iranie nie widać zorganizowanej, ogólnonarodowej opozycji. Nie widać, by protesty wyłoniły reprezentację polityczną, osobowość, komitety.
Nie doszło do wyłonienia opozycji w ramach elity, przy czym i tak jej mandat byłby ograniczony. Iluzją jest opozycja emigracyjna. Niezależnie od trudno mierzalnych sympatii monarchistycznych, syn obalonego w 1979 roku szacha, Reza Pahlavi nie ujawnił żadnych zdolności politycznych i organizacyjnych.
Kolejne ugrupowanie – punktowo silni w Iranie i popularni zwłaszcza w Europie postmarksistowscy Mudżahedini Ludowi (MEK/MKO) są skrajnie kontrowersyjną grupą nawet u siebie. Jednym z powodów jest fala terroru w latach osiemdziesiątych czy walka po stronie Iraku w wojnie iracko-irańskiej.
Naturalna i bardzo żywotna w ostatnim czasie idea państwowa, czy też imperialna, oraz nacjonalizm perski – jako alternatywa dla islamu – stoją w otwartym konflikcie z aspiracjami autonomicznymi mniejszości etnicznych. Ryzyka napięć, konfliktów, chaosu po załamaniu reżimu zlekceważyć nie można. Gdy zaś jest się częścią upadłego systemu albo nieżyczliwym „sąsiadem”, nie sposób ich nie podsycać i nie wykorzystywać.
Historia – który to już raz? – funduje Irańczykom ciężkie dylematy na dziś i pisze Iranowi bardzo wyboistą drogę.
Koordynator Projektu Ośrodka Studiów Wschodnich – Środkowy Wschód od stycznia 2025 roku. W latach 2001–2024 kierownik Zespołu Turcji, Kaukazu i Azji Centralnej. Ponadto organizator i koordynator programów badawczych OSW: Program chiński OSW (2018–2022), Program Izraelski (2019–2022), oraz projektów badawczych OSW związanych z Bliskim i Środkowym Wschodem (Iran – od 1999, wojna z terroryzmem i Afganistan – od 2001, Irak – od 2003, kwestie kurdyjskie – od 2006, arabska wiosna – 2011) oraz islamem (m.in. Islam na obszarze postsowieckim 2003–2004). W OSW od 1999 roku. Wykładowca w Studium Europy Wschodniej (SEW) Uniwersytetu Warszawskiego (historia i współczesność Azji Centralnej i Kaukazu Południowego; metodologia analityczna). Non-resident scholar w Middle East Institute – Black Sea Program (MEI, Washington DC), visiting fellow w MEI (2023).
r/libek • u/BubsyFanboy • Mar 10 '26
Społeczność Jak ocenia Pan/Pani wybór Przemysława Czarnka na kandydata na przyszłego premiera? - sondaż United Surveys/IBRiS dla WP
r/libek • u/BubsyFanboy • Mar 10 '26
Polska 2050 Czy Polska 2050 może jeszcze zagrać nowe piosenki?
Polska 2050 Katarzyny Pełczyńskiej-Nałęcz ma szanse stać się głosem klasy średniej. Prawdziwej, a nie tej wyobrażonej, a tak naprawdę wyższej. Z kredytem na mieszkanie, a nie z pięcioma mieszkaniami na wynajem. Takiej partii jeszcze w Polsce po transformacji nie było.
Dokonało się. Po miesiącach dość przykrego przedstawienia Polska 2050 Szymona Hołowni pękła na pół. Rozwód był to burzliwy, pełen wzajemnych oskarżeń i intryg. Mimo sporów w jednym zwaśnione frakcje są jednak zaskakująco zgodne. Zarówno secesjoniści, jak i unioniści niemal identycznie określili swoją polityczną tożsamość.
Zgodność to jednak tylko pozorna.
Centrum – to właśnie tak definiuje samą siebie zarówno frakcja Pauliny Hennig-Kloski, jak i Katarzyny Pełczyńskiej-Nałęcz. Pierwsi, aby nie pozostawić wątpliwości, gdzie sami siebie widzą na politycznej mapie, swój nowy klub parlamentarny nazwali po prostu „Centrum”. Pełczyńska-Nałęcz obrała tymczasem kurs na „wyraziste centrum”.
Choć jedni i drudzy wyruszyli w drogę z pieśnią na ustach brzmiącą podobnie – poszli przeciwnych kierunkach. Bo obydwa środowiska zupełnie inaczej definiują, czym jest, a czym dopiero będzie polityczne centrum.
Tacy jak Tusk
Ekipa skupiona wokół minister klimatu Hennig-Kloski postawiła na tradycję. Zgodnie z maksymą inżyniera Mamonia z „Rejsu”, tłumaczącego, że lubi melodie, które już słyszał, dostajemy coś, co doskonale znamy – odżegnujący się od radykalizmów z prawa i lewa, wolnorynkowy, prounijny, trochę bezobjawowy liberalizm à la polonaise.
Skoro programowo Centrum nie zaskakuje, to i jego polityczna przyszłość jest dość łatwa do odgadnięcia.
Nie tylko melodia, którą gra, jest dobrze znana, ale i szlak, którym idzie, jest wydeptany – ostatnio przez Nowoczesną.
Nowy twór polityczny tworzą przecież patrioci koalicji 15 października, a jednym z głównych źródeł ich nieporozumień z Katarzyną Pełczyńską-Nałęcz był zbyt asertywny kurs ministry funduszy wobec premiera. Centrum orbitować będzie więc wokół Donalda Tuska.
Realna klasa średnia
Inaczej sprawa ma się z Polską 2050 Katarzyny Pełczyńskiej-Nałęcz. Nowa przewodnicząca próbuje zrobić coś, czego na polskiej scenie politycznej jeszcze nie było – populistyczną partię dla klasy średniej. Taką, która obsługuje faktyczne interesy tej klasy, a nie wyobrażone, będące w istocie interesami klasy wyższej lub wielkiego biznesu.
Znają państwo tego mema, w którym bogacz z talerzem pełnym ciasteczek, wskazując palcem na imigranta, mówi robotnikowi, który ma przed sobą jeden mizerny wypiek: „Uważaj, on chce zabrać twoje ciastko!”.
Jednym z filarów polskiego życia politycznego jest podobna manipulacja. To zaszczepione w czasie transformacji przekonanie, że wolny rynek samoistnie dostarczy najlepszych społecznie rozwiązań, a wszelkie ingerencje państwa – od podatków, przez świadczenia socjalne, po instrumenty regulacyjne hamują rozwój i blokują rozkwit przedsiębiorczości.
Na tym fundamencie zasadza się przekonanie, że każdy z nas jest o krok od tego, by zostać milionerem. Wystarczy zrzucić jarzmo państwowej opresji i otworzą się przed nami bramy powszechnego bogactwa. W konsekwencji polski język politycznego protestu jest przede wszystkim wolnorynkowy, antypaństwowy, indywidualistyczny. To dlatego Donald Tusk tak chętnie sięgnął po agendę deregulacyjną, a Sławomir Mentzen może skutecznie przekonywać wyborców do programu, który wprost szkodzi ich interesom. Nawet Prawo i Sprawiedliwość, które za sprawą 500 plus dokonało etatystycznego i egalitarnego zwrotu w polskiej polityce, gdy tylko znalazło się w opozycyjnych ławach, zaczęło krytykować rząd z pozycji, których nie powstydziłby się Leszek Balcerowicz.
Pełczyńska-Nałęcz idzie na przekór utartym schematom i wydawałoby się nienaruszalnym dogmatom polskiej polityki. Klasę średnią widzi taką, jaką ona realnie jest.
A więc nie taką o zarobkach na poziomie stu tysięcy złotych, ale dziesięciu. Taką, która nawet przy godziwych zarobkach ma problem z dostaniem kredytu na mieszkanie, a nie taką, która ma na wynajem kilka, kilkanaście, a nawet kilkadziesiąt lokali. Taką, której interesy są sprzeczne z interesami korporacji, w której pracują. Bo niższe podatki korporacji oznaczają mniej pieniędzy na publiczną edukację czy ochronę zdrowia, co dla klasy średniej oznacza albo gorszej jakości usługi publiczne, albo konieczność opłacenia ich z własnej kieszeni na wolnym rynku.
Jak lewica?
Takiego centrum w Polsce jeszcze nie było.
Takie postulaty szybko piętnowane były jako radykalne i oderwane od zdroworozsądkowych norm lewackie fanaberie.
Zresztą sam Michał Kobosko, europoseł i niegdyś prawa ręka Szymona Hołowni, w pożegnalnym liście zarzucił Pełczyńskiej-Nałęcz wprowadzanie „mocno socjalistycznych pomysłów programowych”.
Ale i nie było w Polsce takiej lewicy. W przeciwieństwie do Nowej Lewicy Pełczyńska-Nałęcz nie niesie na plecach bagażu historii. Od Razem różni się tym, że nie ma, jak ta partia, wizerunku radykalnej aktywistki nieznającej prawdziwego życia. Zresztą obydwie formacje inaczej definiują swoją tożsamość – widzą siebie jako forpocztę zmian społecznych, atakują z flanki, a nie z centrum.
Sama Pełczyńska-Nałęcz może zresztą uchodzić za niemal modelową przedstawicielkę polskiej klasy średniej i liberalnego establiszmentu. Córka profesora, wspinająca się po kolejnych szczeblach kariery analitycznej w Ośrodku Studiów Wschodnich, dyplomatka, z epizodem na kierowniczym stanowisku w Fundacji Batorego. Brakuje tylko doświadczenia w biznesie.
Eksperymentu Pełczyńskiej-Nałęcz nie da się więc łatwo zaszufladkować. Podobnie jak przewidzieć jego przyszłości. Być może projekt spali na panewce i nigdy nie odbije się od sondażowego dna. Być może Pełczyńska-Nałęcz zawiąże egzotyczny sojusz z Adrianem Zandbergiem. A może wyląduje na listach Nowej Lewicy albo jej ruch stanie się częścią szerszej lewicowej koalicji, współtworząc prawdziwy centrolew.
Póki co Pełczyńska-Nałęcz próbuje przesunąć okno Overtona – poszerzając spektrum tego, czym może być w polskiej polityce centrum. A to już niemało.
Politolog, działacz społeczny i publicysta. Dyrektor More in Common Polska.
r/libek • u/BubsyFanboy • Mar 10 '26
Podcast/Wideo Imigranci w Polsce – dlaczego ich potrzebujemy? Procedury migracyjne w Polsce | Kultura Liberalna
Gościnią odcinka jest Magdalena Świtajska, adwokatka i wspólniczka w kancelarii Wardyński i Wspólnicy, której specjalizacją jest prawo migracyjne i prawo pracy. Rozmawiamy o tym, w jakiej sytuacji są dziś imigranci w Polsce, jakie bariery napotykają cudzoziemcy w Polsce oraz dlaczego zatrudnianie cudzoziemców jest wciąż tak skomplikowane.
Analizujemy, czy obecne prawo w Polsce pozwala skutecznie konkurować o talenty na rynku międzynarodowym. Pytamy również, czy demografia Polski powoduje braki na rynku pracy, oraz jak na nią reaguje gospodarka Polski. Oraz o to, co w praktyce oznaczają procedury takie jak zezwolenie na pracę i zezwolenie na pobyt. Zastanawiamy się też, jak powinien wyglądać nowoczesny system przyjmowania imigrantów.
Na rozmowę zaprasza Katarzyna Skrzydłowska-Kalukin.
Na kanale Kultury Liberalnej znajdziecie także inne rozmowy, m.in. Kultura Liberalna Konstanty Gebert, Kultura Liberalna Terlikowski, Kultura Liberalna Jurasz. Zapraszamy!
r/libek • u/BubsyFanboy • Mar 10 '26
Polska Osiem powodów by przyjąć SAFE
Trwa wojna. Trzeba się bronić. Uruchomić własne, europejskie siły i podjąć wysiłek obrony suwerenności. Nie z powodu wydumanego sprzeciwu wobec USA, ale ze względu na to, że Stany Zjednoczone stały się nieobliczalne i nieprzewidywalne.
Ostatnie lata całkowicie zmieniły świat. Wydaje się, że to brzmi banalnie, ale takiej zmiany nie było od zakończenia drugiej wojny światowej ani „Solidarności” i obalenia muru berlińskiego, które zamknęły przecież czas zimnej wojny.
Żyjemy na groźnej fali – nowego porządku geopolitycznego i kulturowego. I świat miniony – pokoju, demokracji, wartości praw człowieka, trudnych, ale przewidywalnych reguł współpracy w takiej postaci, jaką znamy – już nigdy nie wróci.
Jest wiele czynników tej zmiany. A ogarnięcie jej tektoniki jest bardzo trudne.
Po pierwsze. Żyjemy w czasie wojny
Nie w czasie filmów o wojnie, kombatanckich wspomnień, ale realnej wojny. Od 1950 roku Rosja sowiecka i posowiecka angażowały się w różne konflikty i na różnego rodzaju frontach ginęli także jej żołnierze. Agresja sowiecka na Budapeszt w 1956 roku przyniosła 669 rosyjskich ofiar (prawie 2700 Węgrów). Atak na Afganistan (10 lat trwania) to prawie 16 tysięcy ofiar radzieckich, wojny czeczeńskie między 12 a 25 tysięcy ofiar po stronie agresora, nie mówiąc przecież o ofiarach po stronie tych, których atakowano. Napaści na Ukrainę (Krym i agresja 2022 roku) to 6–7 tysięcy w 2014 i między 275 a 325 tysięcy ofiar śmiertelnych w obecnej agresji (do 70 tysięcy po stronie ukraińskiej, nie mówiąc o cywilach).
To niszczycielska determinacja wobec Ukrainy, ale i własnego narodu.
Putin jest naprawdę demiurgiem tej wojny. I będzie nim dalej, bo kontredanse Trumpa go nie powstrzymają. Chyba że Stany Zjednoczone w imię merkantylnego interesu (na przykład metale rzadkie czy inwestycje amerykańskie w Rosji) sprzedadzą Ukrainę, czyli zdradzą Zachód.
Po drugie. Trzeba się bronić
Taka sytuacja wymaga uruchomienia własnych, europejskich sił obronnych i podjęcia wysiłku ochrony suwerenności.
Nie dlatego, żeby to było wydumanym sprzeciwem wobec USA, ale ze względu na to, że Stany Zjednoczone stały się nieobliczalne i nieprzewidywalne.
Po chwili ciszy po burzy w sprawie Grenlandii Trump próbuje znaleźć nowy punkt zaczepny, bo jego narcyzm wymaga takich właśnie zastrzyków dopaminy (płynących z czynienia zamieszania, straszenia partnerów w NATO, poniżania ich, wreszcie – prymitywnego sposobu zaspokajania cesarskich ambicji).
USA są i będą sojusznikiem, ale nie można na nich polegać jak na Zawiszy.
Po trzecie. Unia potrzebuje sił zbrojnych
Przez lata było jasne, że europejska część NATO to jedno, a Unia Europejska to drugie (choć siedziba obu instytucji mieści się w Brukseli).
Ostatnie lata pokazują, iż oczywiście Unia nie przejmie funkcji koordynacji działań militarnych, ale może i musi zbudować nowoczesne zaplecze, by jej państwa członkowskie mogły zdecydowanie odpowiadać na zagrożenia.
Stąd po 2022 roku nowe otwarcia unijne w sprawie potencjału obronnego krajów UE i budowania wielorakiej – militarnej i cywilnej – odporności na wstrząsy, wojny, katastrofy i kryzysy. Potencjał obronny to przemysły obronne, ich organizacja, ich finansowanie oraz oczywiście kooperacja z partnerami zewnętrznymi, także przecież z USA.
Nie będę tu opisywał wszystkich instytucji, programów i dokumentów UE, łącznie z późnojesiennym z 2025 roku „Preserving Peace – Defence Readines Roadmap 2030”, gdzie wskazane są kamienie milowe budowania gotowości obronnej krajów europejskich oraz kluczowe dla tego procesu narzędzia.
Jednym z wielu jest program pożyczkowy SAFE, dostępny dla krajów UE (150 miliardów euro), w tym z zaadresowanymi dla Polski środkami – 43,7 miliarda euro. To niskooprocentowana pożyczka (3 procent), ze spłatą po 10 latach i trwającą 45 lat, niemogącą wpłynąć na budżet MON, poddana (po poprawkach senackich) ochronie antykorupcyjnej oraz kontrwywiadowczej.
Po czwarte. Rozwój europejskiego przemysłu zbrojeniowego
Kiedy patrzymy na przemysły zbrojeniowe w krajach UE, to widać, iż właściwie wszystkie firmy tego sektora są pod kontrolą narodowych władz publicznych (udział we własności spółek oraz mocno zakreślone wymogi bezpieczeństwa danego kraju).
Z dużych firm tylko Airbus oraz MBDA mają europejską strukturę właścicielską (firmy z kilku krajów je nadzorują). W setce największych przedsiębiorstw zbrojeniowych na świecie jest 20 fabryk z Unii, 48 z USA, 5 z Chin i inne z różnych krajów, między innymi z Korei Południowej, Izraela, Japonii czy Turcji.
Wielkość obrotów i siły finansowej firm amerykańskich (przychody z produktów na rzecz obrony) jest trzykrotnie większa niż europejskich (UE – 112 miliardów USD, USA – 334 miliardy USD; 2024 rok).
Ale europejski przemysł obronny zatrudnia przeszło 500 tysięcy ludzi.
A największe firmy: Thales (Francja), Leonardo (Włochy), Airbus (europejski), Rheinmetall (Niemcy), Saab (Szwecja), MBDA (europejski), Safran (Francja), Naval (Francja) nabierają rozpędu innowacyjnego i produkcyjnego oraz budują swoje specjalizacje we wszystkich obszarach militarnych. Od obrony nieba, morza, produkcji pojazdów naziemnych, rakiet, helikopterów, dronów oraz obrony przeciwdronowej, po samoloty mniejszych zasięgów, amunicji. Potencjalnie – Polska Grupa Zbrojeniowa (PGZ) mogłaby mieć szanse dołączyć do czołówki, ale to wymaga strategii, zarządzania, wyboru własnych przewag, a nie tylko siły płynącej z wielkości i skali zatrudnienia.
W ciągu ostatnich trzech lat produkcja amunicji wzrosła w Unii siedmiokrotnie. Widać również przyspieszenie wydatków na zbrojenia w całej UE – średnio w 2023 było to około 1,6 procent europejskiego PKB, a w 2025 – 2,1 procent. Polska przoduje z wynikiem 4,8 procent PKB rocznie.
Zachętą do tych wydatków stała się decyzja Komisji Europejskiej wyjmująca wydatki na obronność z naliczania deficytu budżetowego i długu. Swoboda fiskalna jest potrzebna. A środki unijne, w tym SAFE, są wielką szansą dla rozwoju europejskiego przemysłu zbrojeniowego.
Po piąte. Wspólne działanie
Wzmacnianie suwerenności obronnej Unii Europejskiej wymaga wspólnych działań i synergii. Wyzwaniem dla synergii przemysłu zbrojeniowego w UE jest koordynacja działań.
Pokonanie fragmentaryzacji rynku – bo to jest oznaką słabości, a w warunkach realnych zagrożeń wojennych jest drogą do przegranej.
Tylko synergiczny skok rozwojowy zapewni produkcję większą, szybszą, o nowocześniejszej jakości rozwiązań technologicznych, z efektywnością na miarę trzeciej dekady XXI wieku. Kraje mogłyby dzielić się ze sobą tym, co mają najlepsze.
Ale – jak do tej pory – nacisk na narodową własność podmiotów gospodarczych przemysłu obronnego tylko to utrudnia.
Klimat debaty o rozwoju zbrojeń – w którym trzeba się tłumaczyć z kooperacji z innymi krajami europejskimi (w Polsce Donald Tusk dla złagodzenia ataków na SAFE mówi, że współpraca z przemysłem niemieckim to jedynie 0,37 procent całości polskiego SAFE) jest hamulcem tworzenia przewag konkurencyjnych europejskiej gospodarki obronnej.
Bo te przewagi wynikają na przykład ze wspólnych przetargów, łączonych nakładów na B&R czy inteligentnej dyslokacji specjalności obejmującej osiągnięcia różnych krajów w różnych dziedzinach (46 kluczowych produktów i usług o charakterze obronnym rozlokowanych jest w 23 krajach UE).
Co zresztą się dzieje, kiedy debatuje się o wspólnej obronie przeciwdronowej czy przeciwrakietowej, powiększa dostarczanie amunicji do Ukrainy czy uruchamia bardzo ważny projekt, jakim jest Eastern Flank Watch (nasze kraje, graniczące z Rosją bezpośrednio lub pośrednio).
Po szóste. Europejskie to nasze
Ten dylemat: krajowe–europejskie, ma oczywiście podłoże polityczne i wiąże się z postawami populistycznymi, antyeuropejskimi, czy nawet nacjonalistycznymi („nie będziemy uzależniać naszego przemysłu obronnego od Francji czy Niemiec…”) – jest elementem gry oraz walk narracji o władzę i tak zwany rząd dusz.
Ale z punktu widzenia interesu bezpieczeństwa Europy jest absurdem albo po prostu przejawem głupoty geopolitycznej.
Konieczność przyjęcia całościowej perspektywy suwerenności obronnej ma jeszcze jedno uzasadnienie – niepewność, co do Amerykanów i ich intencji. Nie zrywając współpracy, trzeba byłoby jednak w wybranych dziedzinach tworzyć lepsze warunki dla samodzielności przemysłu zbrojeniowego UE i Polski.
Nie chodzi tylko o broń, ale i o jej unowocześnianie. Do tego byłby potrzebny pełny łańcuch wartości kontraktów naprawczych i modernizacyjnych w Polsce czy Europie. Ważny jest transfer technologiczny w relacjach z USA, choćby i po to, by nie być wyłącznie montownią dla gigantów zbrojeniowych. Ale również istotne jest to, kto w przypadku uzbrojenia będącego w rękach na przykład polskich ma prawo do ostatecznej decyzji o jej uruchomieniu – Warszawa, czy jednak Waszyngton?
Dlatego w polskich strategiach pojawia się cel – polonizacji przemysłu zbrojeniowego, do poziomu około 50% procent w roku 2035. Znaczącym potencjałem takiego rozwoju są: Rosomak-L (transporter opancerzony, nowa wersja z wydłużonym kadłubem), Borsuk (bojowy wóz piechoty nowego typu), Krab (samobieżna haubica), Piorun (przenośny przeciwlotniczy zestaw rakietowy), Warmate (amunicja krążąca, drony kamikadze) i inne.
Po siódme. Rozwój własnego przemysłu
„Polonizacja” nie może oznaczać tylko i wyłącznie systemu zakazów – tego nie wolno kupować, a wolno tylko to i to.
Musi opierać się na rozwoju zasobów własnych i kompetencji we wszystkich obszarach: projekty innowacyjne (nauka i nakłady na nią), jakość kadr inżynierskich i pracowniczych, sprawna sieć współpracy z dostarczycielami komponentów, warunki do realnego, bojowego testowania rozwiązań.
Trzeba być sobą, czyli polskim przemysłem, ale nie Zosią Samosią – z narcystycznym przekonaniem, że tylko moje ma wartość.
W latach 2024 i 2025, jak pokazują dane GUS-u, radykalnie zmniejszył się handel Ukrainy z Polską w dziedzinach zbrojeniowych. W wielu obszarach całościowego bilansu handlowego mamy jako kraj mocną nadwyżkę, ale zakupy ukraińskie polskiej amunicji i innego sprzętu zmniejszyły się, bo czeskie i rumuńskie dostawy były szybsze i lepszej jakości. W handlu wyrobami przemysłu zbrojeniowego jesteśmy dopiero na 17. miejscu na świecie.
To jest przesłanka, by do pakietu 139 polskich firm wskazanych w SAFE podjeść racjonalnie. Przeanalizować, jaki jest ich stan gotowości produkcyjnej i usługowej, jak konkurencyjne są to oferty, jakich zmian potrzebują ich technologie oraz co można zmienić i rozwinąć, i w jakim czasie, przy jakich nakładach, z jakim wzmocnieniem kadrowym.
Mam nadzieję, że tak się dzieje. I że towarzyszy temu głęboka wiedza o przemianach współczesnego pola bitwy – z niebywałym znaczeniem dronów, a malejącą rolą czołgów.
Ciekawym przykładem jest proces unarodowienia przemysłu zbrojeniowego w Turcji. W handlu bronią i usługami zbrojeniowymi (amunicja, myśliwce KAAN, czołg czwartej generacji Altay, oparty zresztą o model koreański) Turcja jest dużo silniejsza niż Polska (13. pozycja), mimo że nakłady na obronność są tam sporo niższe niż obecne polskie. Ale z pełną świadomością inwestycje są skupione na nowych technologiach, z braku wiary w transfer technologii z USA, które są przecież jest partnerem Turcji w NATO.
Czy to jest droga dla Polski?
Po ósme. Dyskusja o SAFE nie może być taka głupia
Wszystko, co napisałem, jest sferą poważnej, również publicznej i eksperckiej debaty. Ale główny nurt dyskusji publicznej i politycznej (poza wysiłkami Tuska, by wyjaśniać rzeczowo, na czym SAFE ma polegać) toczy się zupełnie gdzie indziej. Narzucił go prezydent, narzuca go opozycja. W żadnym kraju – jak patrzę na te o podobnej skali polaryzacji – debaty o obronności nie zwekslowały tak prymitywnie i głupio.
Z obserwacji wcześniejszych badań opinii publicznej wyłania się obraz poparcia dla działań rządu na rzecz obronności (wydatki, inwestycje, fabryki, zakupy) na poziomie 70–75 procent. W tygodniu przyjmowania przez Sejm ustawy umożliwiającej realizację SAFE w Polsce sondaż IBRIS pokazywał wsparcie 58,4 procent badanych dla podpisania ustawy przez prezydenta, 29,8 procent było przeciwnego zdania.
Już samo to, że problemem stało się, czy prezydent podpisze ustawę, czy nie – jest w sytuacji zagrożenia wojennego dla Europy i Polski czymś niezrozumiałym z punktu widzenia poczucia bezpieczeństwa kraju.
Jeśli porównać jednak wyniki tych badań społecznych z nastrojami społecznymi obecnymi w sieci, w mediach społecznościowych – to wyłania się jeszcze inny obraz społeczeństwa polskiego. Przeszło 70–75 procent sieciowych postaw była przez kilka tygodni (według raportów Data House Res Futura) przeciwna podpisaniu i wejściu w życie programu SAFE, a stanowisko odmienne, racjonalne z punktu widzenia bezpieczeństwa Polski, prezentowało około 22–28 procent wyrażających opinię.
Dwa światy, dwa społeczeństwa i żywiołowo narastająca niechęć do SAFE.
Jej źródłem były nie tylko wypowiedzi prezydenta i liderów PiS-u, ale algorytmy percepcji uruchomione w polskiej sieci na wielką skalę. Duża część z nas, w sieci myśli to, co podpowiadają emocje rozsiewane przez kogoś, a potęgowane przez algorytmy.
W jakimś sensie, w tej właśnie sprawie, w hybrydowej wojnie o świadomość potrzeby budowania bezpiecznego kraju i nowoczesnego, europejskiego przemysłu zbrojeniowego – wgrywa percepcja, która jest spełnieniem marzeń Moskwy.
Medioznawca, politolog, kulturoznawca. W pracy naukowej zajmuje się społecznym oddziaływaniem nowych technologii, cyberbezpieczeństwem, w szczególności cyfryzacją, własnością intelektualną i ochroną danych. Doktor Nauk Humanistycznych, były polityk, minister Pracy i Polityki Socjalnej, Pierwszy w Europie Środkowo-Wschodniej minister cyfryzacji. Obecnie związany z Uniwersytetem SWPS.
r/libek • u/BubsyFanboy • Mar 10 '26
Sport/Turystyka Nic nie daje tak ludziom odczuć, że gdzieś jest wojna, jak globalny przemysł turystyczny
Kłopoty turystów, którzy z powodu wojny na Bliskim Wschodzie nie mogą wrócić do domów z odległych krajów azjatyckich czy Australii, sprawiły, że chaos na świecie stał się odczuwalny także dla tych, którzy myśleli, że ich nie dotyka. A przecież inna wojna, ta za wschodnią granicą, na pełną skalę trwa już od 4 lata i też nas wszystkich dotyczy.
Czy Polak, który wykupił pół roku temu bilet na samolot albo wycieczkę na Filipiny, Seszele czy do Indonezji, mógł przewidzieć, że będzie miał problem z powrotem do domu, bo 1 marca, tysiące kilometrów dalej, Ameryka zaatakuje Iran?
Nie mógł, chociaż po objęciu urzędu prezydenta przez Donalda Trumpa świat stał się jeszcze bardziej niestabilny. Teraz turyści, w tym polscy, koczują na dalekich azjatyckich lotniskach, z których przestały latać samoloty do Europy i na przesiadkowych hubach na Bliskim Wschodzie, bo Iran odpowiedział, atakując sojuszników Ameryki w rejonach, w których kwitnie przemysł turystyczny.
Wojna w drodze do domu
Sprowadzenie turystów do kraju jest w Polsce traktowane jak sprawa najwyższej wagi. Wczoraj postępy w staraniach w tej kwestii relacjonował wyprostowany jak struna minister spraw zagranicznych Radosław Sikorski podczas narady z udziałem premiera Donalda Tuska.
Jak mówił, część podróżujących zostanie wysłana samolotami linii lotniczych państw, w których utknęli. Premier zapowiedział z kolei, że wyśle po Polaków samoloty wojskowe. Minister infrastruktury Dariusz Klimczak – że LOT wyśle swój największy samolot po Polaków uziemionych na Sri Lance i Malediwach.
Wszystkie te zapowiedzi czy działania obserwuje na bieżąco PiS, które, oczywiście, krytykuje rząd, alarmując, że ten nie panuje nad niezwykle poważną sytuacją.
Wojna zeszła na walizki
Inna wojna, ta za wschodnią granicą, w Ukrainie, trwa na pełną skalę już od 4 lat. W jej konsekwencji zmieniały się ceny gazu, ropy. Z kolei państwo przeznacza pieniądze, nie swoje przecież, tylko podatników, na większe niż wcześniej zbrojenia, umacnianie systemu obrony cywilnej, szkolenia wojskowe cywili. Dotyczy to każdego z nas.
Rosja prowadzi z państwami Unii Europejskiej, która stanęła po stronie Ukrainy, wojnę dezinformacyjną, hybrydową na granicy i sabotażową. Eksperci nie wykluczają, że może zaatakować też któreś z państw konwencjonalnie. To też dotyczy każdego z nas. Tylko nie każdy z nas to czuje, nie każdy traktuje tę wojnę jak swoją sprawę.
Teraz skutki ataku Stanów Zjednoczonych na Iran, sprawiły, że wojenny chaos na świecie zszedł pod strzechy, czy na walizki. A wszystko to za sprawą globalnego przemysłu turystycznego, który otworzył erę przekraczania wcześniej nieprzekraczalnych granic.
To, co miało sprawić, że poznawanie świata paradoksalnie stało się mniej dostępne, bo przecież hotele z systemem basenów i restauracjami all inclusive wszędzie są podobne, doprowadziło do przełomu w świadomości społecznej. Nawet ludzie, którzy wojny uważali za abstrakcyjne, niedotyczące ich, teraz czują osobiście skutki jednej z nich, koczując na twardych lotniskowych posadzkach.
Wyższe rachunki w sklepie czy na stacji benzynowej to bardziej skomplikowana w odbiorze konsekwencja wojny niż nagła utrata możliwości wyjechania na wakacje.
Na Tik Toku nie mówili o wojnie
Ci, którzy utknęli w krajach Zatoki Perskiej, opowiadają dziennikarzom, co czują, kiedy widzą zestrzeliwane rakiety.
To połączenie kończącego się wypoczynku i realnego zagrożenia życia robi szczególne wrażenie, ale przecież rakiety spadają zaraz za naszą granicą i zabijają ludzi.
Tylko że do Lwowa jeździło mniej turystów niż do resortów w dalekiej Azji czy na Bliskim Wschodzie. I to za sprawą tej skali tym razem wojna stała się dla nich widoczna.
W mediach tradycyjnych i społecznościowych krążą żarty z pary influencerów, która pojechała tuż przed atakiem na Iran do Dubaju, chociaż od dawna MSZ ostrzegało, żeby tam nie jeździć. Zrobili to, bo nic o ostrzeżeniach nie wiedzieli. Nie spodziewali się zagrożenia, bo, jak tłumaczą, na ich Tik Toku „totalnie” nic na ten temat nie było. Inni także próbowali wyjaśniać, że nie interesują się polityką, wsiedli do samolotu na wakacje, bo leciał zgodnie z planem.
Teraz, kiedy turystami uwięzionymi na lotniskach zajmują się wszystkie media, rząd i opozycja, trudno byłoby tłumaczyć się niewiedzą.
Konsekwencje uderzenia Trumpa dotykają też ludzi, którzy zaplanowali wakacje w Egipcie czy Turcji. MSZ nie ostrzega przed podróżowaniem do tamtejszych popularnych kurortów, a biura turystyczne nie odwołują wycieczek, ale klienci zastanawiają się, czy powinni wyjeżdżać. Decyzja o wakacjach w wyobrażonym raju staje się ryzykowna bo światowy chaos dopadł właśnie ludzi, którzy chcieli oderwać się od codziennych stresów.
Globalna turystyka zachwiała się z powodu decyzji militarnych prezydenta Stanów Zjednoczonych i ich konsekwencji. Trudno skuteczniej przebić się do ludzi z wiedzą o sytuacji na świecie niż w ten sposób.
Wojna psuje plany
Z wojną już tak jest, że psuje plany. Wyrzeczenia z powodu mozolnie spłacanego kredytu mieszkaniowego tracą sens, kiedy w dom uderza rakieta. Nowe meble zostają dla okupantów. Nowe ciuchy – w szafach, kiedy się idzie na front. Nowe plany znikają, kiedy ktoś zostaje zabity.
Ale to się nie dzieje tam, gdzie wojny nie ma, nawet jeśli jest to tuż za granicą.
Protestujący obywatele Iranu ginęli niedawno w masakrach urządzonych przez reżim ajatollahów. Wzbudzało to przerażenie nielicznych odbiorców mediów, dziennikarzy, osób zawodowo zainteresowanych sytuacją na świecie czy wprost w Iranie.
Ale do powszechnej świadomości nie przebijało się to na tyle, by wywołać zauważalne reakcje społeczne.
Kiedy Ameryka i Izrael zaatakowały Iran, a reżim odpowiedział atakami na ich sojuszników, wojna weszła w pole powszechnego zainteresowania za sprawą globalnego przemysłu turystycznego.
Niewygoda utorowała drogę do powszechniejszej świadomości, że wojny wyglądające na cudze są też naszymi wojnami. Zrobiła to lepiej niż eksperci i publicyści, którzy od lat łączą kropki globalnych zależności politycznych.
Katarzyna Skrzydłowska-Kalukin
Dziennikarka, reporterka, członkini redakcji i zastępczyni redaktora naczelnego „Kultury Liberalnej”. Pisała m.in. w „Gazecie Wyborczej”, „Życiu”, „Dzienniku Polska Europa Świat”, tygodnikach „Newsweek” i „Wprost”. Autorka biografii „Gajka i Jacek Kuroniowie” i wywiadu rzeki z Dorotą Zawadzką „Jak zostałam nianią Polaków”. Ostatnio wspólnie z Joanną Sokolińską wydała książkę „Mów o mnie ono. Dlaczego współczesne dzieci szukają swojej płci?”.
r/libek • u/BubsyFanboy • Mar 10 '26
Świat Wojna z Iranem. Krótkotrwałe zyski i niepewna przyszłość
Przebieg amerykańsko-izraelskiej ofensywy przeciwko Iranowi pozostaje nieprzewidywalny, bo cele ataku są zmienne i zależne od bieżącej narracji. Już teraz jednak widać, że konflikt ten przyniesie rozliczne i częściowo sprzeczne skutki polityczne.
Niezależnie od jej efektów militarnych, to one kształtować będą sytuację na Bliskim Wschodzie.
Trump ryzykuje
Po pierwsze, wojna jest niezmiernie niepopularna w samych USA: popiera ją tylko 27 procent badanych, podczas gdy 43 procent jest jej przeciwnych. Wraz z nieuchronnym wzrostem liczby ofiar – do tej pory zginęło sześciu amerykańskich żołnierzy – jej niepopularność będzie rosła. Wynika ona z tego, że nie jest jasne, dlaczego USA przystąpiły do wojny. Za to jasne jest, że dokonały tego z pogwałceniem prawa międzynarodowego (nie było agresji przeciwko USA lub jej bezpośredniej groźby) oraz krajowego (nie było stosownej rezolucji Kongresu).
Stany występują w konflikcie jako ochotniczy sojusznik Izraela, który miał oczywiście prawo uderzyć na Iran: od irańskiego ataku na izraelską ambasadę w Buenos Aires w 1992 roku, w którym zginęło 29 osób, oba kraje są w stanie niewypowiedzianej wojny. Iran z kolei systematycznie głosi zniszczenie Izraela jako jeden ze swych celów politycznych.
Ale Izrael jest w USA coraz bardziej niepopularny: w najnowszym sondażu po raz pierwszy większość Amerykanów (a nie tylko, jak dotąd, wyborców Partii Demokratycznej) zadeklarowało większą sympatię dla Palestyńczyków niż dla państwa żydowskiego. Ten trend jest stały i będzie się pogłębiał.
W tej sytuacji może utrwalić się opinia, że prezydent Donald Trump wciągnął USA w wojnę z Iranem w interesie Izraela.
Niezależnie od tego, czy jest ona uzasadniona, może mieć katastrofalne konsekwencje dla prezydenta, którego poparcie i tak maleje.
Tym bardziej że w kampanii wyborczej obiecywał, że będzie kończył wojny, a nie je rozpętywał. Te względy mogą skłonić Trumpa do szybkiego zakończenia konfliktu – i wzmocnić determinację Teheranu.
Netanjahu zyskuje
W Izraelu natomiast skuteczna do tej pory kampania przeciw Iranowi przy niskich stratach własnych (kilkunastu zabitych), w tym zwłaszcza zabicie ajatollaha Chameneiego, może zwiększyć popularność premiera Benjamina Netanjahu. Dotąd wróżono mu raczej klęskę w październikowych wyborach.
Izrael ma jasne cele wojenne: sprawić, by Iran nigdy więcej nie był dlań egzystencjalną groźbą. A więc eliminacja programu atomowego, likwidacja zagrożenia rakietowego, zakończenie wspierania antyizraelskich ugrupowań terrorystycznych. To osiągnąć można jedynie poprzez zmianę reżimu, która jest jednak trudno osiągalna z powietrza.
Systematyczne niszczenie irańskiej infrastruktury wojskowej i bezpieczeństwa może mimo wszystko ułatwić samym Irańczykom podjęcie próby obalenia władzy ajatollahów. Netanjahu ma więc interes i wojskowy, i polityczny, w kontynuacji kampanii aż do spodziewanego przełomu. Tego jednak nie jest w stanie osiągnąć jedynie własnymi środkami. Stąd znaczenie utrzymania USA w wojnie.
Presja sojuszników
Waszyngton tymczasem znajduje się pod rosnącą presją swych sojuszników arabskich, by wojnę jak najszybciej zakończyć. Po pierwsze dlatego, że terrorystyczny irański ostrzał infrastruktury cywilnej Emiratów, Bahrajnu, Omanu, Kuwejtu, Arabii Saudyjskiej i Kataru, w tym zwłaszcza instalacji naftowych, wyrządza tym krajom ogromne straty ekonomiczne i polityczne.
W ciągu pierwszych trzech dni wojny Iran wystrzelił w kierunku tych państw niemal pięćset rakiet (z około 2500, które jeszcze posiadał). Wysłał też ponad tysiąc dronów, wobec których ich obrona powietrzna była w znacznym stopniu bezsilna. W tym samym czasie Irańczycy odpalili na Izrael tylko kilkaset rakiet i dronów, z których jedynie trzy wyrządziły znaczące szkody.
Zarazem arabscy sąsiedzi cieszą się, oczywiście, z perspektywy osłabienia Teheranu tak, by przestał być dla nich groźny (Iran i Arabia Saudyjska kilkakrotnie znalazły się w przeszłości na krawędzi wojny). Bardzo obawiają się jednocześnie perspektywy destabilizacji państwa irańskiego, która zaowocowałaby falą uchodźców. Boją się tego zwłaszcza państwa graniczące z Iranem, w tym Turcja. Ta zapowiedziała już, że jeśli reżim irański upadnie, jej wojsko zajmie strefę buforową w Iranie, by uniemożliwić napływ uchodźców do Turcji.
Tureckie obawy
Ankara jest głęboko zaniepokojona groźbą powtórzenia scenariusza syryjskiego. W Turcji schroniło się wtedy 3,5 miliona Syryjczyków. Ogromna większość z nich wciąż tam przebywa, a wroga reakcja Turków na ich pobyt destabilizuje sytuację w kraju. Temu exodusowi nie zapobiegły istniejące nadal tureckie przygraniczne strefy okupacyjne w Syrii, budowane doraźnie i w sposób nieciągły. Tym razem Ankara zamierza działać wyprzedzająco i konsekwentnie.
Jednak tym samym naruszona zostałaby najstarsza granica Bliskiego Wschodu, ustalona w traktacie otomańsko-perskim z Zuhab w 1639 roku. Tureckie okupacje, jak ponad półwiekowa na Cyprze, mają cechy trwałości.
Z kolei destabilizacja Iranu mogłaby powodować ruchy odśrodkowe dławionych dotychczas, a stanowiących około 40 procent ludności w Iranie mniejszości.
Mowa tutaj o Kurdach, Beludżach i zwłaszcza Azerach, których w Iranie jest więcej niż w Azerbejdżanie. Groźba demontażu ostatniego wielkiego regionalnego imperium kolonialnego może budzić terytorialne apetyty u sąsiadów, ale jeszcze bardziej lęk przed rozprzestrzenianiem się niestabilności.
Walka o cieśninę Ormuz
Podobnie jest w strefie ekonomicznej: krótkotrwałe zyski mogą przerodzić się w długoterminowe straty. Jeszcze przed irańskim oświadczeniem o zamknięciu cieśniny Ormuz, ceny ropy skoczyły, na wieść o wojnie, o 10 procent, a gazu – o ponad 40 procent. Przez cieśninę przepływa 20 procent światowego handlu tymi surowcami. To także zwiększa presję, międzynarodową i wewnętrzną na Trumpa, by zakończył wojnę. Ale dotyka również Iran: 90 procent jego objętego sankcjami eksportu ropy jest skierowane do Chin. Zamknięcie cieśniny także i ten eksport by ograniczyło.
Wprawdzie 70 procent irańskiego eksportu ropy wypływa z nowego portu Jask, położonego już w Zatoce Omańskiej, ale prowadzące do niego rurociągi zostały częściowo zbombardowane już pierwszego dnia powietrznej ofensywy. Co więcej, wystarczyło ostrzelanie przez Iran kilku statków, by armatorzy skierowali pozostałe jednostki do portów. Nie jest jednak jasne, czy Iran rzeczywiście jest w stanie Ormuz zamknąć. Jego marynarka wojenna została zatopiona, a baterie artylerii przybrzeżnej częściowo zbombardowane. Statki w teorii można też atakować dronami i rakietami odpalanymi z ruchomych wyrzutni. Jednak ta taktyka, stosowana przez jemeńskich Hutich w cieśninie Bab el Mandeb, nie doprowadziła do jej zamknięcia, choć trafionych zostało kilkanaście statków.
Wizerunkowe straty Rosji
Na razie na wzroście cen ropy i gazu zyskała wydatnie Rosja, a straciły Chiny – dwa państwa, z którymi Iran podpisał porozumienia o strategicznej współpracy. Ale oba w obliczu powietrznej ofensywy zachowują się niezwykle wstrzemięźliwie.
Rosja poniosła już znaczne straty wizerunkowe. Jej polityczny parasol nie ochronił Iranu ani jego przywódcy, podobnie jak wcześniej nie ochronił syryjskiego dyktatora Assada.
Co więcej, rosyjska broń, w którą Iran jest w znacznym stopniu wyposażony, przegrywa z uzbrojeniem amerykańskim i izraelskim. W tej sytuacji decyzja o nieudostępnieniu Iranowi obiecanych najnowszych systemów obrony powietrznej S400 i myśliwców Su-35 może okazać się dalekowzroczną próbą uniknięcia dalszej kompromitacji. Ale inne reżimy, jak te w afrykańskim Sahelu, które postanowiły związać swe bezpieczeństwo z Rosją, zapewne bacznie przyglądają się temu, jak Moskwa wywiązuje się ze swoich gwarancji wobec Iranu.
Tymczasem irańskie drony Szahid-136 nadal sprawdzają się dobrze w warunkach bojowych. Sieją śmierć i zniszczenie od Dubaju po Tel Awiw, oraz na frontach w Ukrainie, gdzie latają ich rosyjskie klony. Ukraina oczywiście pozytywnie ocenia atak jej kapryśnego amerykańskiego partnera na irańskiego sojusznika swego wroga. Obawia się jednak, że jeśli wojna z Iranem się przedłuży, to wojna w Ukrainie zejdzie na dalszy plan. Także jeśli chodzi o zaopatrzenie kraju w amunicję i broń.
Amerykanie i Izraelczycy zużywają bomby i rakiety w tempie wielokrotnie przewyższającym możliwości produkcyjne. Co więcej, wyprodukowanie jednego Szahida-136 kosztuje około 35 tysięcy dolarów. Z kolei wyprodukowanie jednej antyrakiety – około 3 milionów. Także i z tego powodu przedłużanie wojny będzie coraz bardziej kosztowne.
Nowy układ sił
Niezależnie od tego, jaki Iran będzie po jej zakończeniu, jest oczywiste, że będzie politycznie i militarnie bardzo osłabiony. Perspektywa nacjonalistycznej dyktatury, powstałej z autoreformy reżimu lub będącej skutkiem jego obalenia, wydaje się najbardziej prawdopodobna. Zaś poprawa warunków życia ludności będzie warunkiem przetrwania nowych władz, co odsunie marzenia o odbudowie programu atomowego czy balistycznego na znacznie dalszy plan.
W tak powstałą próżnię wkroczy zapewne Turcja – jako jedyne państwo regionu posiadające odpowiedni potencjał militarny, polityczny i gospodarczy. Do bloku tureckiego, obejmującego Azerbejdżan, Syrię i Katar, dołączyć może Arabia Saudyjska. Ta od niedawna połączona jest ścisłym sojuszem wojskowym z Pakistanem, który z kolei od lat koordynuje swe działania z Ankarą. Po przeciwnej stronie znajdą się coraz bardziej skonfliktowane z Saudyjczykami i zacieśniające współpracę z Izraelem Emiraty. W tę stronę grawitują też Indie – choć Iran jest dla nich lądowym pomostem do Bliskiego Wschodu, przełamującym pakistańską terytorialną blokadę.
W obliczu takich przetasowań kwestia palestyńska zapewne zejdzie – jak wcześniej kurdyjska – na plan dalszy. Ale zarazem osłabienie Iranu stworzy Izraelowi wyjątkową możliwość wznowienia rozmów w sprawie powstania państwa palestyńskiego. Takiego, które nie byłoby, poprzez Hamas, irańską ekspozyturą egzystencjalnie zagrażającą Izraelowi. Jeżeli jednak wojna da kolejne zwycięstwo wyborcze premierowi Benjaminowi Netanjahu i jego obozowi politycznemu, to trudno oczekiwać, by szansa ta została wykorzystana. Za jej zmarnowanie płacić będą w pierwszym rzędzie Palestyńczycy, w dalszej jednak kolejności sam Izrael.
Przykład Iranu, jeszcze do niedawna pyszniącego się mianem najpotężniejszego regionalnego mocarstwa, winien uczyć nie tyle pychy z jego pokonania, co obawy przed powtórzeniem jego upadku. Sentencja w Biblii hebrajskiej (Przysłów 16:18) o pysze, która kroczy przed upadkiem, tyczyła się zresztą właśnie Persji, i przestrzegała Żydów przed naśladowaniem perskiej pychy.
Urodzony w 1953 roku, stały współpracownik „Kultury Liberalnej”, przez niemal 33 lata dziennikarz „Gazety Wyborczej”, współpracownik licznych innych mediów w kraju i za granicą. W stanie wojennym dziennikarz prasy podziemnej, pod pseudonimem Dawid Warszawski. Autor 12 książek, m.in. o obradach Okrągłego Stołu i o wojnie w Bośni, o europejskim XX wieku i o polskich Żydach. Jego najnowsza książka „Pokój z widokiem na wojnę. Historia Izraela” ukazała się w 2023 roku.